- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...
Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się stąd co prędzej, ciągnął żywo dalej:
- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem zupełnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam...
- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa matrona. - Ale już po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...
- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! Byłbym zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani marszałkowej.
Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie pochylił się do ręki jej, w ukłonie.
- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś gorączkowo rozerwała kopertę.
Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na palcach do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania. Na schodach dopiero odetchnął.
- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał, gdyby tak przy mnie list czytała!..
W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie pogrążał się w myślach.