A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny, pogodny, lwią część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na pierwszorzędne ulice - na wspólną arenę letniego jakby "demisalo­nu" pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, śniade, czarnobrewe, blondynki, powiewne­ - białe, szatynki, o ruchach omdlewających, a wszyst­kie prawie ubrane elegancko i z pewnym, właści­wym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, żwa­we - sunęły przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka.

I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś sprężyną tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem dłuższem star­ty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w sie­bie niewyraźny, niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami publiczności, gorętszem okiem pa­trzył w twarz kobietom, swawolnie i niechcący, na pozór, zaglądał im prosto w oczy...

Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało go do tej; czynności.

- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skro­mną minką, bądź odważnym, śmiałym, a może... mo­że... - szeptały, zda się, cicho wejrzenia nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku sobie; da­leko więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszy­stkie razem, wyzywane śmiałym wzrokiem mężczyz­ny, całować go jakby się zdawały, obiecując miłość-­pieszczotę!...

Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewa­jący się przez ulice miasta, a obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia pracownic różnej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił się dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz bardziej liczny, barwniejszy - obej­mował go swym ruchomym uściskiem. I młody czło­wiek, ulegając stopniowo nastrojowi chwili, wspom­nieniom dawnym, a związanym ściśle z tymże samym światkiem, zapomniał o wszystkiem.

Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa, Ładyżyński, Ola, a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut, żądny swawoli i użycia.

Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a odkrywających modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej pończoszce, nóżkę, otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka dziewczyna, smu­kła, jak gazella, czarnowłosa, i rzuciła młodzieńcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palący , śmiały, rzuciła mu takie same drugie, uważniej­niejsze jednak, gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się iskry, a panu Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne ultimatum: Ta, lub żadna!

Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem, zajrzał w oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią. Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i znikło w bramie domu.

Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a włożywszy rękę w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W oddali zachęcająco zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając gościnnie.

Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem wchodził już w bramę ogrodu.