— To mój ojciec...

— No, no... przecież i ja z Kaługi... tak! A ojciec umarł?

— Umarł...

— Ta-ak... umrzemy wszyscy!

Mówili obaj szeptem, głosy ich szeleściały w ciszy, jak suche jesienne liście. Za oknem, jakby znacząc odchodzące chwile, głucho tupotały po ziemi miarowe kroki szyldwacha. I skądś z daleka poprzez wilgotny mrok nocy, dolatywały ledwie dosłyszalne dźwięki dzwonu, wybijającego godziny.

— Nudzi się wam tutaj? — zapytał Misza.

— Starym wszędzie nudno... — odpowiedział mu zza drzwi chłodny, równy szept.

— A... szkoda panu było siostrzeńca... jak tutaj siedział?

— Cóż go tam żałować, jeśli zabił człowieka... Siostry szkoda... A kto człowieka zabił...

Starzec zamilkł nagle i twarz jego znikła, jakby spadła na dół. Misza patrzał w okienko i czekał.