Wargi robotnika wyszeptały coś bezdźwięcznie... Jednooki spojrzał mu w twarz i milcząc uśmiechnął się.

Miszę załechtało coś w gardle, zeskoczył z okna i gorączkowo zaczął chodzić po celi. Przez lufcik wolno płynęła smętna pieśń:

I lecą w błękitach obłoki...

A step jest — szeroki... szeroki...

...Czasami po obiedzie kryminalni aresztanci, siedząc w jadalni pod celą Miszy, zaczynali śpiewać i przez podłogę napełniały celę głuche, matowe dźwięki. W gęstej ich fali Misza nie mógł uchwycić słów i raz tylko rozpoznał, jak ktoś wysokim, tęskliwym tenorem śpiewał i żalił się:

Morze sine,

Morze chmurne...

Wiatr wyjący,

Niepomyślny...

Częściej jednak aresztanci śpiewali jakieś wesołe, hulaszcze pieśni z pogwizdywaniem, z hukaniem; pieśni te zalewały mury więzienia zuchwałymi dźwiękami, pełnymi jakiejś junackiej siły. Wtedy Miszy zdawało się, że więzienie trzęsie się gniewnie, że na kamieniach jego ścian tworzą się nowe rysy i ciężka złość trwożnie i niewidzialnie leje się z nich na ludzi... Zewsząd biegli dozorcy i szybko gasili taki wybuch wesela, zrodzonego tęsknotą... Misza widział, że dozorcy postępują ze skazańcami niejednakowo; pogardzali ludźmi słabymi, łatwo dającymi się ujarzmić, ludzi zaś śmiałych, takich, którzy potrafili obronić od napaści swą ludzką godność — prawie wszystkie władze więzienne traktowały z ostrożna, czasami nawet przyjaźnie, rzadko tylko pozwalając sobie wrogo i otwarcie wykazywać nad nimi swą władzę. A na „polityków” dozorcy patrzeli — tak przynajmniej zdawało się Miszy — z przyczajoną, skrytą ciekawością, w której czuć było niedowierzanie, znużone oczekiwanie czegoś osobliwego, niezwykłego...