— W ogóle, nie zgadzają się z niczym!
VII
Prawie co noc, kiedy przypadał mu dyżur, stary dozorca — zwano go Korniej Daniłowicz — podchodził ku drzwiom celi i, wsadzając swoją ciemną twarz w okrągłą ramę okienka, zaczynał z gadatliwością starca opowiadać Miszy jakieś historie bez związku. Korniej dużo widział, wiele przeżył, ale wszystkie wrażenia życiowe poplątały mu się w pamięci w olbrzymi kłębek ciężkich nieszczęść, bezmyślnej pracy, poniżeń i jakichś postępków, z których sobie nie zdawał sprawy. Czasami postępki te wydawały się Miszy dobrymi, wzruszały go, częściej zaś — były one głupie i złe, a zawsze niewytłumaczone, przypadkowe, jakby człowiek ten nie czynił ich dobrowolnie, ale spełniał tylko zawsze bez szemrania i bez zastanowienia rozkazy jakiejś niezrozumiałej dla niego, na zewnątrz nim kierującej woli...
— Było to temu może z piętnaście lat — szeptał Korniej Daniłycz, nieruchomo utkwiwszy swoje rybie oko w twarzy Miszy — widzę — zaczął mi się coś zamyślać... niby mój syn, Aleksy, tak... Do cerkwi nie chodzi, do szynków — nie chodzi... Kiepsko! Zacząłem go śledzić — a on sztundą12 zawrócił sobie głowę... ta-ak... Zwymyślałem go na początek — słuchaj, mówię, ja cię nauczę! Nie przestaje... poskarżyłem się na niego duchownemu... no, wrócił od niego... uważam — zły taki... Śmieję się do niego — mówię: co, dał ci ojciec duchowny nauczkę? Wtedy, odpuść mu Panie, jak ci nie zacznie kląć, i kogo — ojca duchownego... Ja mówię — ach, ty taki, owaki! Jak śmiesz? A on i mnie sklął... No-o, złość mnie wzięła, i garnkiem z kaszą w mordę go... taak! Rozwaliłem mu gębę... dopiero... Wziął i poszedł... odtąd już o nim ni słuchu, ni duchu... nie ma i nie ma... Tacyście to krnąbni, wy młodzi... ta-ak!
— A żal wam go teraz? — zapytał cicho Misza.
Starzec odpowiedział nierychło. Pomilczał, stęknął, parę sekund mamrotał coś pod nosem, i dopiero wtedy spokojnie powiedział:
— Czasami to i żal.... Wszystkich żal.. Czasami bywa, że i morderców szkoda... ta-ak! Nie każdy przecież za byle co zabija... czasami jest za co... Niektórym zabójcom może nawet trzeba dziękować.. Kat, na przykład... Taki przecież nie tak sobie, a dla ogólnego dobra zabija... Złoczyńcę zabić — nie grzech, myślę... a pan sądzi, katu przyjemnie?
Misza schylił się szybko do otworu we drzwiach, chciał zobaczyć wyraz, jaki ma w tej chwili twarz tego, który nie wiadomo po co odtrącił od siebie rodzonego syna i zdolny jest litować się nad katem? Ale twarz, jak zwykle, podobna była do kamienia, pokrytego szczelinami, i oczy błyszczały w niej, niby dwa kawałki mętnego szkła...
— Czego się pan patrzy? — zapytał starzec.
— Tak... nic... — odrzekł z cicha Misza. — Powiedzcie, Kornieju Daniłowiczu... dlaczego wam się nie podobało, że syn poznał się ze sztundystami?