Gdzie bądź kopsę nieraz grypśniem,
Kupim za nią ćwiartkę chleba,
I wcinamy.
Misza uśmiechnął się, zastanawiając się nad tym, co znaczy: „wcinamy”?
— Chyba: łapczywie jemy! — pomyślał, wpatrując się w bezładne rzędy liter, wesoło rozrzuconych po ścianie. I „dwa andrusy” wydali mu się zuchwale wesołymi zawadiakami: obszarpani, zawsze na pół głodni, nigdy się nie martwią, nikogo się nie boją, ciągle włóczą się od jednego miasta do drugiego, gdzie się da „grypsną kopsę” i żyją w ten sposób, podobni drapieżnemu ptactwu wśród ludzi...
Za drzwiami celi rozległy się szeleszczące kroki i stłumiony głos zapytał gniewnie:
— Czego pan?
Misza drgnął, obejrzał się; z otworu wykrojonego we drzwiach patrzało nań chłodne, nieruchome oko...
— Pan wołał?
— Nie...