— Wiadomo pani, że wiele leśnych okolic bierze nazwę od zwierząt, które je zaludniają. Obok lasu Chantepie, ma pani lasek Chantereine.
— Nie wiem o jaką królowę (reine) chodzi, ale nie jest pan dla niej zbyt dworny — rzekł pan de Cambremer.
— Masz za swoje, Brichotku, — rzekła pani Verdurin. — A poza tem droga dobrze się odbyła?
— Spotkaliśmy tylko mętne egzemplarze ludzkie, które wypełniały pociąg, Ale odpowiadam na pytanie pana de Cambremer: reine nie oznacza tutaj małżonki króla, lecz żabę. Jest to nazwa, która zachowała się długo w tych stronach, jak o tem świadczy stacja Renneville, która powinnaby się pisać Reineville.
— Cóż za wspaniała sztuka! — rzekł p. de Cambremer, pokazując rybę. Był to jeden z tych komplementów, zapomocą których margrabia sądził iż płaci swoją „cechę” za obiad i kwituje się. „Zapraszać ich, to zbyteczne — mówił często o niektórych znajomych do żony. Byli uszczęśliwieni, że nas mieli u siebie. To oni mi dziękowali”.
— Zresztą muszę panu powiedzieć, że ja od wielu lat jeżdżę prawie codziennie do Renneville i nie widziałem tam więcej żab niż gdzieindziej. Pani de Cambremer sprowadziła tutaj proboszcza z parafii gdzie ma rozległe dobra, posiadającego, o ile mi się zdaje, te same upodobania co pan. Napisał dzieło.
— Wiem, oczywiście, przeczytałem je z wielkiem zainteresowaniem — rzekł obłudnie Brichot. Zadowolenie, jakie duma pana de Cambremer znalazła pośrednio w tej odpowiedzi, wywołało jego długi śmiech.
— Haha, otóż autor, jak mam powiedzieć, tej geografji, tego słowniczka, rozprawia długo o nazwie miejscowości, która była niegdyś — nie wiem jak się mam wyrazić — naszem lennem, a która się zwie Pont-à-Couleuvre. Hm, jestem oczywiście pospolitym ignorantem wobec tej studni wiedzy, ale byłem tysiąc razy w Pont-a-Couleuvre (gdzie on był tylko raz), i niech mnie licho porwie, jeżelim widział bodaj jedną z tych brzydkich żmij; powiadam brzydkich, mimo pochwały, jaką im oddaje dobry La Fontaine (Człowiek i żmija, to była jedna z dwóch bajek).
— Nie widział pan, i to pan miał lepszy wzrok — odparł Brichot. — Niewątpliwie, uczony, o którym pan mówi, zna do gruntu swój przedmiot, napisał książkę niepospolitą.
— Myślę! — wykrzyknęła pani de Cambremer — ta książka — wyrażenie będzie tu na swojem miejscu — to istna praca benedyktyna.