— Ale czy ja się mylę, czy też żywność, którą się jada u pani, jest najwytworniejszą kuchnią francuską?
— Mój Boże, nie jest szczególnie zła — odparła pani Verdurin ułagodzona. — A jeżeli pan przyjdzie na przyszłą środę, będzie lepsza.
— Ale ja jadę w poniedziałek do Algieru, a stamtąd na Przylądek Dobrej Nadziei. I kiedy będę na Przylądku Dobrej Nadziei, nie będę już mógł spotkać mego znakomitego kolega, przepraszam, nie będę mógł spotkać mego konfratra.
I przez posłuszeństwo, załatwiwszy te wsteczne przeprosiny, zaczął jeść z zawrotną szybkością. Ale Brichot był nazbyt szczęśliwy, że może przytoczyć dalsze roślinne etymologje; to zaś co mówił zainteresowało Norwega tak, iż znowu przestał jeść, dając znak że mogą mu zabrać pełny talerz i przejść do następnego dania.
— Jeden z czterdziestu nieśmiertelnych nazywa się Houssaye, czyli miejsce obsadzone ostrokrzewem (houx); w nazwisku bystrego dyplomaty pana d’Ormesson odnajdzie pan wiąz, orme, ulmus, drogi Wergilemu, dający nazwę miastu Ulm; w nazwisku jego kolegów, pana de la Boulaye, bouleau, brzozę; u pana d’Aunay, l’aune, olchę, u pana de Bussière, buis, bukszpan; u pana Albaret, l’aubier, białodrzew (przyrzekłem sobie powtórzyć to Celeście); u pana de Cholet choux, kapustę, jabłoń zaś w nazwisku pana de la Pommeraye, którego prelekcję słyszeliśmy — przypominasz sobie, Saniette — w czasach kiedy dobrego Porela wysłano na krańce świata jako prokonsula Odeonji?
— Powiedział pan, że Cholet pochodzi od choux — rzekłem. — Czy stacja, którą minąłem przed przybyciem do Doncières, Saint-Frichoux, również pochodzi od kapusty?
— Nie, Saint-Frichoux, to sanctus Fructuosus, tak jak Sanctus Ferreolus wydał Saint-Fargeau, ale to wcale nie jest normandzkie.
— On wie zadużo rzeczy, nudzi nas — zasepleniła łagodnie rosyjska księżna.
— Tyle jeszcze innych nazw interesuje mnie, ale nie mogę pana pytać o wszystko naraz. I, zwracając się do Cottarda, spytałem: — Czy pani Putbus jest tutaj? Słysząc nazwisko Saniette’a, wymówione przez profesora Brichot, Verdurin rzucił na żonę i na doktora Cottard ironiczne spojrzenie, które zbiło z tropu płochliwego gościa. — Nie, Bogu dzięki odpowiedziała pani Verdurin, która dosłyszała moje pytanie. — Postarałam się odwrócić jej wilegjaturę ku Wenecji, uwolniliśmy się od niej na ten rok.
— Ja sam będę miał prawo do dwóch drzew rzekł p. de Charlus — bo niemal że już nająłem domek między Saint-Martin-du-Chêne a Saint-Pierre-des-Ifs.