— Znam portret Favarta, o którym pan mówi — rzekł Charlus. — Widziałem jego ładną odbitkę u hrabiny Molé.
Nazwisko hrabiny Molé wywarło silne wrażenie na pani Verdurin.
— A, pan bywa u pani de Molé! — wykrzyknęła. Myślała, że mówi się hrabina Molé, pani Molé, jedynie przez skrót, tak jak słyszała że się mówi Rohan, albo, jak ona sama mówiła wzgardliwie pani La Trémoïlle. Nie wątpiła, że hrabina Molé, znająca królową grecką i księżnę de Caprarola, ma więcej niż ktokolwiek prawo do „partykuły”, i na ten raz zdecydowała się przyznać ją osobie tak świetnej, która okazała się dla niej bardzo uprzejma. Toteż, aby okazać że mówi tak umyślnie i nie żałuje hrabinie owego „de”, ciągnęła: — Ależ ja wcale nie wiedziałam, że pan zna panią de Molé! (tak jakby to było podwójnie niezwykle, i to że p. de Charlus zna ową damę, i to iż pani Verdurin nie wiedziała że on ją zna. Otóż, „świat” — lub przynajmniej to co p. de Charlus tak nazywał — tworzy całość stosunkowo jednolitą i zamkniętą. O ile zrozumiałe jest, że w mieszanym ogromie mieszczaństwa adwokat powie komuś, kto zna jego szkolnego kolegę: „Ale skąd, u licha, może pan go znać?” o tyle wzamian podziwiać traf, który mógł zetknąć pana de Charlus z hrabiną Molé, jest mniej więcej tem samem, co dziwić się, że ktoś rozumie sens słowa kościół lub las. Co więcej, nawet gdyby taka znajomość nie wypływała całkiem naturalnie z praw świata, nawet gdyby była przypadkowa, cóż byłoby dziwnego, że pani Verdurin nie wie o tem, skoro widziała barona pierwszy raz, a stosunki jego z panią Molé nie były zgoła jedyną rzeczą, której o nim nie wiedziała, bo, ściśle mówiąc, nie wiedziała o nim nic).
— Kto to grał tę Chercheuse d’esprit, mój drogi Saniette? — spytał Verdurin.
Mimo iż czując że burza minęła, ex-archiwista wahał się z odpowiedzią.
— Ale bo też — rzekła pani Verdurin — ty go onieśmielasz; kpisz sobie ze wszystkiego co powie, a potem chcesz, żeby odpowiadał! No Saniette, powiedz pan kto to grał, dostanie pan galantyny do papierka — rzekła pani Verdurin, robiąc złośliwą aluzję do ruiny, w jaką Saniette popadł samochcąc, ratując jednego z przyjaciół.
— Przypominam sobie tylko, że Samary grała Zerbinę.
— Zerbinę? Co to takiego! — wrzasnął pan Verdurin tak jakby się paliło.
— To emploi starego repertuaru, styl kapitana Fracasse, tak jakby ktoś powiedział Waligóra, Pedant.
— Sameś pedant, Zerbina! Nie, ależ on ma fioła — krzyczał Verdurin.