— Mówiła pani przed chwilą, pani margrabino, o kapeluszu pana Molé; dojdziemy niebawem do tego, co Arystoteles w rozdziale o kapeluszach... — zaczął mówić historyk Frondy, nieco skrzepiony interwencją pani de Villeparisis, ale głosem jeszcze tak wątłym, że z wyjątkiem mnie nikt go nie dosłyszał.
— Bajeczna jest doprawdy nasza kochana księżna — rzekł pan d’Argencourt, pokazując panią de Guermantes, która rozmawiała ze sławnym pisarzem. — Z chwilą gdy się znajdzie w salonie sławny człowiek, zawsze musi być przy niej. Oczywiście musi to być jakiś wielki mogoł276. Nie można mieć co dzień pana de Borelli277, Schlumbergera278 lub pana d’Avenel279; ale wówczas będzie pan Loti280 albo pan Rostand281. Wczoraj wieczór u Doudeauvillów282, gdzie, nawiasem mówiąc, wspaniała była nasza księżna w swoim szmaragdowym diademie, w różowej sukni balowej z trenem, miała z jednej strony pana Deschanel283, z drugiej niemieckiego ambasadora: wykłócała się z nimi o Chiny; publiczność, w pełnej szacunku odległości, nie słysząc, co mówią, pytała się, czy nie będziemy mieli wojny. Doprawdy, można by rzec, królowa odbywająca cercle284.
Wszyscy zbliżyli się do pani de Villeparisis, przyglądając się, jak maluje.
— Te kwiaty mają różowość doprawdy niebieską — rzekł Legrandin — to znaczy koloru różowego nieba. Bo bywa niebo różowe, jak bywa niebo niebieskie. Ale — szepnął ciszej jedynie dla margrabiny — mam wrażenie, że ja wolę jeszcze atłas i szkarłat tej ich kopii, nad którą pani pracuje. Ach, jakże bledną przy pani Pisanello285 i Van Huysum286 ze swoim drobiazgowym i martwym zielnikiem.
Artysta, choćby najskromniejszy, godzi się zawsze, aby go przekładano nad jego rywali i stara się jedynie oddać im sprawiedliwość.
— Pańskie wrażenie tłumaczy się tym, że oni malowali kwiaty z owego czasu, których my już nie znamy; ale to byli wielcy mistrze.
— A, kwiaty z owego czasu, śliczna myśl! — wykrzyknął Legrandin.
— W istocie, bardzo są piękne te kwiaty wiśni... czy dzikiej malwy... — rzekł historyk Frondy nie bez wahania co do kwiatu, ale pewniejszym głosem, bo zapomniał już o zdarzeniu z kapeluszami.
— Nie, to przecież kwiaty jabłoni — rzekła księżna de Guermantes, zwracając się do ciotki.
— A, widzę że z ciebie dobra wieśniaczka: jak ja umiesz rozróżniać kwiaty.