— Może dla ciebie!
Zacząłem uparcie patrzeć w próżnię, tak jakbym opanowany głębokim wahaniem walczył przeciwko myśli przychodzącej mi do głowy:
— Słuchaj, Albertyno, mówisz, że jesteś tutaj szczęśliwsza, że będziesz nieszczęśliwa.
— Z pewnością.
— To wielki wstrząs dla mnie: czy chcesz, żebyśmy spróbowali przedłużyć o kilka tygodni... kto wie, tydzień po tygodniu można zajść bardzo daleko... wiesz, że istnieją prowizoria trwające w końcu wiecznie.
— Och, jaki byś ty był milusi!
— Ale w takim razie, szaleństwo jest tak się dręczyć bez powodu całe godziny; to tak jak podróż, do której się człowiek przygotowuje, a potem nie jedzie. Jestem jak zbity z tego wszystkiego.
Posadziłem ją na kolanach, wziąłem rękopis Bergotte’a, którego tak pragnęła, i napisałem na okładce: „Mojej małej Albertynce na pamiątkę odnowienia kontraktu.”
— Teraz — rzekłem — idź spać do jutra, kochanie, musisz być strasznie zmęczona.
— Jestem zwłaszcza bardzo kontenta.