— A tak, ten chłopiec, którego tu raz widziałem, taki podobny do Mahometa II na portrecie Belliniego. Och! uderzające, te same wężykowate brwi, ten sam zakrzywiony nos, te same wystające policzki. Kiedy zapuści bródkę, to będzie ta sama osoba. W każdym razie ma gust, Bergotte to urocza umysłowość.
I widząc, jak bardzo muszę podziwiać Bergotte’a, Swann, który nigdy nie mówił o swoich znajomych, uczynił przez dobroć wyjątek i rzekł:
— Znam go dobrze; gdyby to panu zrobiło przyjemność, aby panu podpisał tę książkę, mógłbym go o to poprosić.
Nie śmiałem przyjąć, ale zadałem Swannowi parę pytań co do Bergotte’a.
— Czy mógłby mi pan powiedzieć, którego on aktora najwyżej ceni?
— Aktora, nie wiem. Ale wiem, że żadnego aktora nie równa z Bermą, którą stawia ponad wszystko. Czy ją pan widział?
— Nie, rodzice nie pozwalają mi chodzić do teatru.
— To szkoda. Powinien by ich pan o to poprosić. Berma w Fedrze, w Cydzie to tylko aktorka — powie ktoś — ale pan wie, że ja nie bardzo wierzę w „hierarchie” w sztuce.
I zauważyłem, jak mnie to już często uderzało w rozmowach Swanna z siostrami babki, że kiedy mówi o rzeczach poważnych, kiedy używa wyrażenia zdającego się zawierać opinię w ważnym przedmiocie, ma zwyczaj oddzielać je specjalną intonacją machinalną i ironiczną, jak gdyby je ujmował w cudzysłów, jak gdyby nie chciał go brać na swój rachunek: hierarchia, wie pan, jak mówią głupcy? Ale w takim razie, skoro to było głupie, po co mówił hierarchia?
W chwilę potem dodał: