i zaczęła wołać — tu-tu-tu — do psów, które miały budę opodal. Psy szarpnęły się i zahałasowały, a ona wtedy dopiero ze śmiechem poszła chlastać tłuczkiem w śmietanę. Przez wierzchenek49 kierzanki50 czuć było zapach tłusty, a zarazem kwaśny i słychać było gęste chlupotanie.
Marynka stawała to od tej strony, to od tamtej, żeby się masło chciało lepiej robić, i śpiewała:
Rośnie ziele, rośnie, na oknie w donicy...
Niektóre zwrotki przerywała nieznacznie i nasłuchiwała, jak jeszcze przez nieco czasu głos w zimnej ścianie dzwoni.
Masło się zrobiło prędzej niż zawsze. Jeszcze było dość czasu do obiadu i posłali Marynkę pleć51 do ogrodu. Tańcowała po drodze między malwami, aż urwała z nich najpiękniejszą sobie we włosy — co napędziło jej na usta chełpliwą śpiewkę:
Jaka taka pękata,
a jo sobie nie taka...
i z oznajmieniem tym przykucnęła na grządce.
Pleć też bardzo lubiła. Położyła się bokiem w bruździe, między zagonkiem a zagonkiem i wyskubywała z ciepłych grudek dzikie ziele i niepotrzebne chwasty. Trzeba było mocno uważać, ażeby nie załapać pietruszki albo selera. Do tego najprzydatniej było śpiewać co płaczliwe. Śpiewała więc kolejno: — Wszystko się pole zazieleniało... i — Moja miło matuleńko, dodejcie52 mi rady...
Wtem po słowach — Ojej, ojej, dodejcie mi rady — załapała garścią najpiękniejsze selery. Wytaszczywszy je z ziemi razem z kępą lebiody — aż zachrupało — rzuciła wszystko w bruzdę i krzyknęła: