— Jeśli pani widziała com uczynił, racz zostawić mnie w mniemaniu że nic nie wiesz; nie śmiem prosić o więcej.
To rzekłszy odszedł, nie czekając odpowiedzi.
Królewicowa wybrała się na przechadzkę, wiodąc ze sobą wszystkie damy, a pan de Nemours udał się do domu, nie mogąc znieść publicznie radości z posiadania portretu. Przeżywał wszystko, co miłość może dać najrozkoszniejszego; kochał najbardziej uroczą osobę na dworze, zdobywał jej miłość wbrew jej woli i widział we wszystkich jej postępkach owo wzruszenie i pomieszanie, jakie rodzi miłość w zaraniu niewinnej młodości.
Wieczorem szukano portretu bardzo pilnie; ponieważ znaleziono puzderko, nie podejrzewano kradzieży, sądząc, że spadł gdzieś przypadkiem. Pan de Clèves zmartwiony był wielce tą stratą. Skoro się naszukano daremnie, powiedział do żony (ale tak, że widać było, iż tego nie myśli), że musi mieć z pewnością jakiego ukrytego kochanka, któremu dała ten portret lub który go ukradł, i że kto inny niż kochanek nie zadowoliłby się portretem bez puzderka.
Te słowa, mimo że powiedziane żartem, uczyniły silne wrażenie na pani de Clèves. Uczuła wyrzuty, zastanowiła się nad gwałtowną skłonnością ciągnącą ją do pana de Nemours; ujrzała, że nie jest już panią swoich uczynków i swego oblicza; pomyślała, że Lignerolles powrócił; że nie obawia się już Anglii; że nie podejrzewa już królewicowej; słowem, że nie ma już nic, co by ją mogło bronić i że jedyny ratunek dla niej to ucieczka. Ponieważ jednak nie było w jej możności usunąć się, znajdowała się w ciężkim położeniu, gotowa popaść w to, co jej się zdawało największym z nieszczęść, mianowicie okazać panu de Nemours swą skłonność. Przypominała sobie słowa umierającej matki i jak jej radziła, aby uczyniła raczej wszystko, bodaj najtrudniejsze, niż żeby miała wdawać się w miłostkę. Przypomniało jej się to, co pan de Clèves, mówiąc o pani de Tournon, powiedział o szczerości; pomyślała, że powinna mu wyznać swą skłonność do pana de Nemours. Ta myśl zaprzątała ją długo; potem dziwiła się sama sobie, wydało się jej to szaleństwem i znów popadła w bezradność i niezdecydowanie.
Skoro podpisano pokój, królewna Elżbieta, po wielkich wstrętach, zgodziła się usłuchać ojca. Wysłano księcia Albę, aby ją zaślubił imieniem katolickiego króla, i niebawem miał przybyć. Oczekiwano księcia sabaudzkiego zjeżdżającego, aby pojąć Jejmość siostrę króla, której wesele miało się odbyć w tym samym czasie. Król myślał jeno o tym, aby dodać tym obrzędom blasku przez rozrywki, w których by mógł popisać się zręcznością i wspaniałością swego dworu. Obmyślano co tylko się dało najwspanialszego w przedmiocie baletów i komedii; ale królowi wydały się te widowiska zbyt błahe: chciał czegoś świetniejszego. Postanowił urządzić turniej, na którym przyjęto by obcych gości, a którego lud byłby widzem. Wszyscy książęta i młodzi panowie powitali z radością zamiar monarchy, zwłaszcza książę Ferrary, pan de Guise i pan de Nemours, którzy przewyższali wszystkich innych w tego rodzaju ćwiczeniach. Król wybrał ich, aby byli wraz z nim czterema zapaśnikami turnieju.
Kazano ogłosić w całym królestwie, że w mieście Paryżu, dnia 15 czerwca, Jego Chrześcijański Majestat, Król Francuski, oraz książęta Alfons d’Este książę Ferrary, Franciszek Lotaryński książę de Guise i Jakub Sabaudzki książę de Nemours otwierają turniej i gotowi są stoczyć przeciw każdemu, kto się zgłosi, najpierw walkę w szrankach, cztery złożenia kopii i jedno dla dam; drugą walkę na miecze, w pojedynkę lub po dwóch wedle uznania; trzecią walkę pieszo, trzy ciosy włóczni i sześć ciosów miecza; że wyzywający dostarczą kopii, mieczy i pik do wyboru tych, co staną; i że kto w pędzie zażyje ostrogi, będzie wyłączony z walki. Iż będzie czterech sędziów dla wydawania rozkazów: i że ci szermierze, którzy policzą najwięcej spotkań i najskuteczniejszych, otrzymają nagrodę wedle uznania sędziów; że wszyscy zapaśnicy, tak Francuzi jak obcy, będą musieli dotknąć jednej z tarcz wiszących przed trybuną na kraju szranków lub też kilku do wyboru; że zastaną tam oficyjera, który przyjmie ich, aby zapisać każdego wedle rangi i wedle tarczy, której dotknie; że za każdym zapaśnikiem musi szlachcic przynieść tarczę z jego herbem, aby ją powiesić przed trybuną na trzy dni przed rozpoczęciem turnieju: inaczej nie przyjmie się ich bez pozwolenia wyzywających.
Uczyniono wielkie szranki w pobliżu Bastylii, biegnące od zamku de Tournelles, przez ulicę świętego Antoniego i kończące się przy stajniach królewskich. Z dwóch stron były trybuny, amfiteatry i zakryte loże, tworzące rodzaj galerii bardzo pięknych dla oczu i mogących pomieścić niezliczoną mnogość osób. Zaczem wszyscy książęta i panowie krzątali się, aby się pokazać w całym blasku, wplatając w swoje cyfry i godła coś dwornego, co by miało związek z damą ich serca.
Na krótko przed przybyciem księcia Alby król grał w piłkę z panem de Nemours, kawalerem de Guise i widamem de Chartres. Królowe przyszły popatrzyć, jak grają, wraz ze wszystkimi damami, między nimi i panią de Clèves. Po ukończeniu partii, kiedy schodzono z placu, Chastelart podszedł do królewicowej i oznajmił jej, że przypadek oddał mu w ręce list miłosny, który wypadł z kieszeni pana de Nemours. Królewicowa, zawsze ciekawa wszystkiego, co tyczyło księcia, kazała sobie dać ten list, wzięła go i poszła za królową teściową swoją, która podążyła za królem przyglądać się, jak urządzają szranki. Spędziwszy tam jakiś czas, król kazał przywieść konie, które niedawno sprowadzał. Mimo że nie były jeszcze ujeżdżone, chciał ich dosiadać i kazał je podać wszystkim, którzy udali się za nim. Król i pan de Nemours znaleźli się na najognistszych, konie ich chciały się rzucić na siebie wzajem. Bojąc się skaleczyć króla, pan de Nemours cofnął się nagle i pchnął swego konia na słup w maneżu tak gwałtownie, że zachwiał się od wstrząśnienia. Wszyscy podbiegli ku niemu, sądząc, że silnie się zranił. Pani de Clèves bardziej od innych myślała, że jest ciężko ranny. Życzliwość dla księcia zdjęła ją obawą i wzruszeniem, których nie siliła się ukryć; podbiegła doń wraz z królowymi z twarzą tak zmienioną, że zauważyłby to człowiek nawet obojętniejszy niż kawaler de Guise: jakoż zauważył to z łatwością i o wiele większe dawał baczenie na stan pani de Clèves niż na pana de Nemours. Cios, jaki otrzymał książę, oszołomił go tak bardzo, iż trwał jakiś czas z głową zwieszoną na tych, którzy go podtrzymywali. Kiedy ją podniósł, ujrzał panią de Clèves; spostrzegł na jej twarzy współczucie; w oczach jego mogła wyczytać, jak bardzo jest nim wzruszony. Podziękował następnie królowym za ich dobroć i przeprosił za stan, w jakim znalazł się w ich obecności. Król kazał mu iść spocząć.
Pani de Clèves, ochłonąwszy z przestrachu, uprzytomniła sobie rychło swoje zachowanie. Kawaler de Guise niedługo zostawił jej nadzieję, że nikt tego nie spostrzegł; podał jej rękę, aby ją wyprowadzić ze szranków.