Pani de Mercoeur przyjęła ich z wielką radością, i troszczyła się jeno o to, aby ich rozerwać i dostarczyć im wszystkich uciech wiejskich. Gdy gonili za jeleniem, pan de Nemours zabłąkał się w lesie. Pytając o powrotną drogę, dowiedział się, że jest blisko Colomiers. Na to słowo „Colomiers”, nie zastanawiając się zgoła i nie wiedząc, co zamierza, popędził w skok we wskazanym kierunku. Wjechał w las i jechał przed siebie starannie wykonaną aleją, która widocznie prowadziła do zamku. Na końcu tej alei ujrzał domek: na dole była wielka sala, obok niej dwa pokoje, z których jeden miał drzwi na ogród, oddzielony od lasu jedynie palisadą, drugi zaś na aleję parkową. Pan de Nemours wszedł do domku i byłby się zatrzymał, aby oglądać jego piękność, gdyby nie ujrzał obojga państwa de Clèves zbliżających się aleją wraz z hurmą domowników. Ponieważ nie spodziewał się zastać pana de Clèves, którego zostawił przy królu, pierwszym jego odruchem było schować się: wszedł do pokoju wychodzącego na ogród w zamiarze wydostania się do lasu, ale widząc, że pani de Clèves i jej mąż usiedli pod domkiem, że domownicy zostali w parku i że nie mogli doń dotrzeć, nie przechodząc miejscem, gdzie byli państwo de Clèves, nie mógł sobie odmówić przyjemności ujrzenia swej pani, ani też oprzeć się ciekawości usłyszenia jej rozmowy z mężem, o którego bardziej był zazdrosny niż o któregokolwiek z rywali.
Usłyszał, jak pan de Clèves mówił do żony:
— Ale czemu nie chcesz wracać do Paryża? Co cię może zatrzymywać na wsi? Masz od jakiegoś czasu upodobanie w samotności, które mnie dziwi i które mnie martwi, ponieważ nas rozdziela. Znajduję cię nawet smutniejszą niż zwykle i boję się, czy nie masz jakiego zmartwienia.
— Nie mam nic — odparła z zakłopotaniem — ale na dworze jest taki zgiełk, a u nas w domu tyle gości, że niepodobna nie być znużoną i nie szukać odpoczynku.
— Odpoczynek — odparł — to nie jest rzecz twojego wieku. Żyjesz w domu i na dworze w sposób niedający powodu do zmęczenia; obawiam się raczej, czy nie jesteś rada żyć z dala ode mnie.
— Bardzo byłbyś niesprawiedliwy, gdybyś miał tę myśl — odparła z rosnącym zakłopotaniem — ale błagam, abyś mnie zostawił tutaj. Gdybyś mógł tutaj zamieszkać, bardzo bym się cieszyła, bylebyś mógł być sam i nie sprowadzać owej niezliczonej mnogości ludzi, którzy cię nie opuszczają nigdy.
— Ha, żono! — wykrzyknął pan de Clèves — twoja mina i twoje słowa dowodzą mi, że masz przyczyny pragnąć samotności, przyczyny, których nie znam, w sposób, który powiększa wciąż ciekawość męża, i błagam, abyś mi je wyznała.
Nalegał długo, nie mogąc jej skłonić; broniła się, spuściła oczy, zapadła w głębokie milczenie, po czym nagle ozwała się, patrząc nań:
— Nie przymuszaj mnie — rzekła — abym ci zwierzyła rzecz, której nie mam siły wyznać, mimo że nieraz miałam ten zamiar. Zrozum tylko, że roztropność nie pozwala, aby kobieta w moim wieku i będąca panią swoich postępków narażała się na życie dworu.
— Co pani powiadasz? — wykrzyknął pan de Clèves. — Ja nie śmiałbym ci tego rzec z obawy, by cię nie obrazić.