Wymawiając te ostatnie słowa, pan de Clèves rozczulił się tak, że z trudem ich dokończył. Księżna, wzruszona, zalała się łzami i uściskała go z czułością i bólem, które wprawiły go w stan mało różny od jej stanu. Trwali tak jakiś czas w milczeniu i rozstali się, nie mając siły przemówić.
Ukończono przygotowania do ślubu królewny. Książę Alba przybył, aby ją zaślubić. Przyjęto go z całą wspaniałością i ze wszystkimi ceremoniami stosownymi w podobnej okazji. Król wysłał naprzeciw niemu księcia de Condé, kardynałów: lotaryńskiego i Guise, książąt Lotaryngii, Ferrary, Aumale, Beuillon, Guise i Nemours. Mieli z sobą wielu dworzan i obfitość paziów przybranych w ich barwy. Król oczekiwał sam księcia Alby u pierwszej bramy Luwru z dwustoma dworzanami i konetablem na ich czele. Zbliżywszy się do króla, książę chciał mu uścisnąć kolana; ale król nie pozwolił i kazał mu iść obok siebie aż do królowej i do królewny, której książę Alby wręczył wspaniały dar od swego władcy. Udał się następnie do Jejmości Małgorzaty, siostry króla Imci, aby jej przedłożyć służby pana Sabaudzkiego i upewnić, że przybędzie niebawem. Odbyły się wielkie asamble w Luwrze, aby księciu Alby i księciu Oranii, który mu towarzyszył, pokazać piękności dworu.
Pani de Clèves, mimo całej ochoty, nie śmiała się wymówić od tych uroczystości z obawy, aby nie obrazić męża, który kazał jej koniecznie być wszędzie. Jeszcze bardziej skłaniała ją do tego nieobecność pana de Nemours. Udał się naprzeciw pana Sabaudzkiego, po przybyciu zaś owego księcia zmuszony był prawie ciągle pozostawać przy nim, aby mu pomagać we wszystkim, co tyczyło ceremonii weselnych. To sprawiło, że pani de Clèves nie spotykała księcia tak często jak zwykle, co jej wróciło nieco spokoju.
Widam de Chartres nie zapomniał swojej rozmowy z panem de Nemours. Przeświadczony był, że przygoda, którą mu książę opowiedział, jest jego własna, i przyglądał mu się tak pilnie, że byłby może przejrzał prawdę, gdyby przybycie księcia Alby i księcia Sabaudzkiego nie uczyniły na dworze dywersji, która nie pozwoliła mu się tym zbytnio zajmować. Chęć rozjaśnienia sprawy lub raczej naturalna skłonność zwierzania się ze wszystkim ukochanej istocie, sprawiła, iż opowiedział pani de Martigues dziwny postępek osoby, która wyznała mężowi swą miłość dla innego. Upewnił ją, że to książę Nemours obudził tę szaloną miłość i prosił, aby pomogła śledzić księcia. Pani de Martigues bardzo była rada z tej nowinki, zainteresowanie zaś, jakie królewicowa objawiała zawsze co do wszystkiego, co tyczyło pana de Nemours, pomnażało jeszcze jej ochotę rozjaśnienia tajemnicy.
Na krótko przed dniem ceremonii małżeństwa, królewicowa dawała wieczerzę dla króla swego teścia i dla księżnej de Valentinois. Pani de Clèves, zajęta strojem, przyszła do Luwru później niż zazwyczaj. Idąc, spotkała dworzanina, który szedł po nią z polecenia królewicowej. Skoro weszła do komnaty, królewicowa krzyknęła jej z łóżka (na którym siedziała), że oczekuje jej bardzo niecierpliwie.
— Sądzę, pani — odparła — że nie mam ci co dziękować za tę niecierpliwość i że powodem jej jest pewnością co innego niż moja osoba.
— Masz słuszność — odparła królewicowa — mimo to powinnaś mi być wdzięczna: opowiem ci historię, którą z pewnością będziesz rada usłyszeć.
Pani de Clèves uklękła przy łóżku, tak iż, szczęściem dla niej, twarz jej była w cieniu.
— Wiesz — mówiła królewicowa — jakieśmy były ciekawe wiedzieć, co jest przyczyną zmiany w panu Nemours. Sądzę, że wiem, co to takiego; jest to coś, co cię zadziwi. Jest szalenie zakochany, z pełną wzajemnością, w jednej z najpiękniejszych pań na dworze.
Te słowa, których pani de Clèves nie mogła odnieść do siebie, ponieważ nie sądziła, aby ktoś wiedział, że ona kocha pana de Nemours, sprawiły jej ból łatwy do pojęcia.