„Był dyskretny — mówiła sobie — dopóki sądził że jest nieszczęśliwy; ale myśl o szczęściu, bodaj niepewnym, położyła kres jego dyskrecji. Ledwie mógł przypuszczać, że ja go kocham, a już chciał, aby o tym wiedziano. Powiedział tyle, ile tylko mógł; ja nie powiedziałam, że to jego kocham, on się domyślił i zdradził swoje domysły. Gdyby miał pewność, postąpiłby sobie tak samo. Źle uczyniłam, wierząc, że istnieje mężczyzna zdolny ukryć to, co mu schlebia. A wszakże to dla tego człowieka, którego mniemałam tak różnym od innych, stałam się taką jak inne kobiety, mimo że tak daleka od podobieństwa z nimi! Straciłam serce, szacunek męża, który powinien być mym szczęściem. Niebawem wszyscy będą we mnie widzieć kobietę opętaną i szaloną z miłości. Ten, kto jest jej przedmiotem, wie o niej, i to aby uniknąć tych nieszczęść naraziłam cały mój spokój a nawet życie”.

Tym smutnym myślom towarzyszył potok łez; ale, mimo całego bólu, księżna czuła, że wszystko byłaby zdolna znieść, gdyby nie musiała źle myśleć o panu de Nemours.

On znajdował się w nie lepszym stanie. Nieopatrzność, jaką popełnił, zwierzając się widamowi, oraz okrutne skutki tej nieopatrzności przejmowały go śmiertelną zgryzotą. Męki cierpiał, przypominając sobie pomieszanie i zgryzotę, w jakich widział panią de Clèves. Był niepocieszony, że jej powiedział w tym przedmiocie rzeczy, które, mimo że dworne same w sobie, zdawały mu się w tej chwili grube i niegrzeczne, ponieważ dawały poznać pani de Clèves, że on wie, iż ona jest ową zakochaną bez pamięci kobietą, a on sam tej miłości przedmiotem. Ponad wszystko pragnąłby rozmowy z nią; ale czuł zarazem, że raczej trzeba mu się obawiać tej rozmowy.

„Cóż bym jej mógł powiedzieć? — wykrzyknął. — Czy jeszcze mam jej okazać to, co już jej ukazałem aż nazbyt dotkliwie? Czy jej zdradzę, że wiem, że ona mnie kocha, mnie, który nigdy nawet nie ośmieliłem się wyznać jej mych uczuć? Czy zacznę jej otwarcie mówić o swej miłości, aby się jej wydać człowiekiem rozzuchwalonym nadzieją? Czy mogę myśleć nawet o tym, aby się zbliżyć do niej, i czy śmiałbym ją przyprawiać o zmieszanie mym widokiem? Czym mógłbym się usprawiedliwić? Nie mam wymówki, jestem niegodny spojrzenia pani de Clèves i nie spodziewam się też, aby kiedy na mnie spojrzała. Błędem moim dałem jej lepszy sposób obrony niż wszystkie te, których szukała, których by może szukała daremnie. Tracę przez swoją nieostrożność szczęście i chwałę posiadania miłości najmilszej i najcnotliwszej osoby na ziemi; ale gdybym był stracił to szczęście bez zadania jej cierpień i bez jej śmiertelnej boleści, byłoby to dla mnie pociechą. Bardziej czuję w tej chwili ból, jaki jej zadałem, niż krzywdę, jaką sobie wyrządziłem w jej oczach”.

Długo pan de Nemours trapił się i obracał te same myśli. Chęć pomówienia z panią de Clèves wciąż wracała mu do głowy. Myślał nad sposobami, chciał pisać do niej; ale wreszcie uznał, że, po błędzie jakiego się dopuścił i wobec jej stanu, najlepsze, co może uczynić, to okazywać jej głęboki szacunek swoją zgryzotą, swoim milczeniem, okazać zgoła, że nie śmie się zjawić przed jej obliczem, i czekać, co sprawić na jego korzyść. Postanowił także nie czynić wymówek widamowi za jego niedyskrecję, z obawy, aby nie utwierdzić jego podejrzeń.

Zaręczyny królewny, które miały się odbyć nazajutrz, oraz ślub, który przypadał dzień potem, zaprzątały tak bardzo cały dwór, że pani de Clèves i pan de Nemours łatwo ukryli światu swój smutek i swą rozterkę. Królewicowa wspomniała jedynie mimochodem pani de Clèves o rozmowie ich z panem de Nemours, a pan de Clèves starał się nie mówić z żoną o wszystkim, co się zdarzyło: tak iż położenie jej mniej było kłopotliwe, niż przypuszczała.

Zrękowiny odbyły się w Luwrze, po uczcie zaś i balu cały dom królewski udał się na nocleg do biskupstwa, jak było w zwyczaju. Rano książę Alba, który zawsze nosił się bardzo skromnie, przywdział strój ze złotogłowia mieszanego z kolorem ognistym, żółtym i czarnym, cały pokryty klejnotami, na głowie zaś miał koronę. Książę Oranii, ubrany również wspaniale i ze swoim orszakiem, oraz wszyscy Hiszpanie w otoczeniu dworzan, przyszli po księcia Albę do pałacu Villeroy, gdzie mieszkał, i ruszyli czwórkami do biskupstwa. Skoro tylko przybył, udano się w porządku do kościoła; król prowadził królewnę, która również miała koronę, suknię zaś niosły jej panny de Montpensier i de Longueville. Królowa szła za nimi, ale bez korony. Później szły królewicowa, Jejmość siostra królewska, pani Lotaryńska i królowa Nawary, a suknie ich niosły księżniczki. Królowe i księżniczki wiodły wszystkie swoje dworki wspaniale przybrane w te same barwy, co ich panie: tak iż poznawało się, do kogo należą dworki z ich ubrania. Zaczem weszli wszyscy na trybunę ustawioną w kościele i dopełniono ceremonii zaślubin. Wrócili następnie na obiad do biskupstwa, a o piątej ruszono, aby się udać do pałacu, gdzie odbywała się uczta, na którą zaproszono parlament, Izby wyższe i magistrat. Król, królowe, książęta i księżniczki krwi jedli na stole marmurowym w wielkiej sali pałacowej; książę Alba siedział koło nowej królowej hiszpańskiej. Poniżej stopni marmurowego stołu, po prawej ręce króla, był stół dla ambasadorów, arcybiskupów i kawalerów orderu, a po drugiej stronie stół dla rajców parlamentu.

Książę de Guise, przybrany złotogłowiem, służył królowi za marszałka, książę de Condé za cześnika, książę de Nemours za podczaszego. Skoro sprzątnięto stoły, zaczął się bal, przerywany baletami i nadzwyczajnymi widowiskami. Podjęto go następnie na nowo; wreszcie po północy król i cały dwór wrócili do Luwru. Mimo swego smutku, pani de Clèves uderzyła wszystkich, a zwłaszcza pana de Nemours, niepospolitą pięknością. Nie śmiał do niej mówić, mimo że rozgwar ceremonii dał mu wiele sposobności po temu; ale okazywał tyle smutku i tak pełną szacunku obawę zbliżenia się do niej, że wydał się jej mniej winnym, mimo iż nie rzekł nic na swe usprawiedliwienie. Tak samo zachowywał się dni następnych i to zachowanie tak samo oddziałało na serce pani de Clèves.

Wreszcie nadszedł dzień turnieju. Królowe udały się na galerię i na trybuny, które były dla nich przeznaczone. Czterej szermierze ukazali się w szrankach z obfitością koni i ludzi w ich barwach, co czyniło najwspanialsze widowisko, jakie kiedy widziano we Francji.

Król nie miał innych barw prócz białej i czarnej; nosił je zawsze z przyczyny pani de Valentinois, która była wdową. Pan z Ferrary i cała jego świta — żółte i czerwone. Pan de Guise ukazał się w szkarłacie i bieli. Nie wiedziano zrazu, czemu te kolory; ale przypomniano sobie, że są to kolory pewnej piękności, którą kochał wówczas, gdy była panną i którą kochał jeszcze, mimo że nie śmiał jej już tego okazywać. Pan de Nemours miał barwy żółte i czarne; czego daremnie szukano przyczyny. Pani de Clèves odgadła ją bez trudu: przypomniała sobie, iż powiedziała przy nim, że lubi kolor żółty i żałuje że jest blondynką, bo nie może go nosić. Książę sądził, że może pojawić się w tych kolorach bez nie dyskrecji; skoro pani de Clèves ich nie nosiła, nikt nie mógł go posądzać, że to są jej barwy.