Dworzanin pana de Clèves śledził księcia ciągle: wrócił też do Paryża i kiedy ujrzał, że pan de Nemours odjeżdża do Chambord, wziął pocztę, aby przybyć przed nim i zdać sprawę ze swej podróży. Pan de Clèves oczekiwał jego powrotu jak rzeczy, która miała rozstrzygnąć o nieszczęściu całego jego życia.
Skoro tylko go ujrzał, osądził z jego twarzy i milczenia, że ma dlań same przykre wieści. Siedział jakiś czas przejęty zgryzotą, ze spuszczoną głową, nie mogąc mówić; wreszcie dał mu znak ręką, aby wyszedł.
— Idź — rzekł — widzę, co mi masz do powiedzenia; ale nie mam siły słuchać.
— Nie mam ci, panie, nic do powiedzenia — odparł dworzanin — co by pozwalało na jakiś pewny sąd. Prawda, że pan de Nemours wszedł dwa razy w nocy do ogrodu i że był następnego dnia w Colomiers z panią de Mercoeur.
— To dosyć — odparł pan de Clèves, dając mu jeszcze raz znak, aby odszedł — to dosyć, nie trzeba mi bliższych wyjaśnień.
Dworzanin musiał zostawić swego pana pogrążonego w boleści. Nie było może sroższej rozpaczy i mało który z ludzi o sercu tak wielkim i namiętnym jak pan de Clèves odczuł równocześnie ból, jaki sprawia niewierność kochanki i wstyd, że się jest zdradzonym przez żonę.
Pan de Clèves nie mógł się oprzeć przygnębieniu, jakie nim owładnęło. Gorączka chwyciła go tej samej nocy, z tak ciężkimi przypadłościami, że od razu choroba wydała się bardzo niebezpieczna. Uprzedzono panią de Clèves; zjechała pilno. Kiedy przybyła, mąż miał się jeszcze gorzej: uczuła w nim taki lodowaty chłód, że ją to bardzo zdziwiło i zmartwiło. Wydało się jej nawet, że z niechęcią przyjmuje jej usługi, ale myślała, że to może skutek choroby.
Skoro tylko zjawiła się w Blois, gdzie dwór znajdował się w tej chwili, pan de Nemours nie mógł się wstrzymać od radości na wieść, że ona jest tam, gdzie i on. Próbował ją widzieć, zachodził co dzień do pana de Clèves pod pozorem dowiadywania się o jego zdrowie; ale na próżno. Nie wychodziła z pokoju męża, gnębił ją strasznie stan, w jakim go znalazła. Pan de Nemours zrozpaczony był jej strapieniem; rozumiał, jak bardzo to strapienie musiało odnowić przywiązanie jej do męża, i jak niebezpieczne jest to przywiązanie dla innych jej uczuć, świadomość ta przejęła go na jakiś czas śmiertelną zgryzotą; ale ciężki stan pana de Clèves ukazał mu nowe nadzieje. Ujrzał, że pani de Clèves zyska może swobodę pójścia za swoją skłonnością i że może go czeka jeszcze pasmo rozkoszy i szczęścia. Nie mógł znieść tej myśli, tyle w nim rodziła wzruszenia i szału, oddalał ją od siebie z obawy, aby nie popaść w zbytnią rozpacz w razie, gdyby postradał te nadzieje.
Tymczasem pana de Clèves lekarze niemal odstąpili. Jednego z ostatnich dni, spędziwszy bardzo złą noc, powiedział rano, że chce odpocząć. Pani de Clèves została sama w swoim pokoju; zdawało się jej, że zamiast odpoczywać mąż jest bardzo niespokojny. Zbliżyła się i wsparła się o jego łóżko z twarzą zroszoną łzami. Pan de Clèves zamierzał nie okazywać ciężkiego żalu, jaki ma do niej: ale opieka, jaką go otaczała, i zmartwienie jej, które zdawało się niekiedy szczerze, a czasem znowuż zdawało mu się dziełem udania i przewrotności, budziły w nim uczucia tak sprzeczne i tak bolesne, że nie mógł ich zdławić w sobie.
— Wylewasz, pani, wiele łez — rzekł — z powodu śmierci, którą sama sprawiłaś i która nie może budzić w tobie smutku, jaki okazujesz. Nie jestem już zdolny czynić ci wymówek — ciągnął głosem osłabłym z choroby i bólu — ale umieram z okrutnej zgryzoty, jaką mi sprawiłaś. Trzebaż, aby postępek tak niezwyczajny, jak ów w Colomiers, tak mało miał wpływu na przyszłość? Czemuś mi się zwierzała z miłości do pana de Nemours, jeśli cnota twoja nie miała już siły mu się opierać? Kochałem cię do tego stopnia, że chętnie dałbym się oszukać, wyznaję to ku memu wstydowi; żałowałem tego zwodnego spokoju, z którego mnie wyrwałaś. Czemuś mnie nie zostawiła w spokojnym zaślepieniu, którym cieszy się tylu mężów? Byłbym może całe życie nie wiedział, że ty kochasz pana de Nemours. Umrę — dodał — ale wiedz, że czynisz mi śmierć lubą i że po stracie szacunku i tkliwości, jakie miałem dla ciebie, życie byłoby mi wstrętne. Co by mi to było za życie — ciągnął — spędzić je z istotą, którą tak kochałem i która mnie tak okrutnie oszukała, lub też żyć w rozłączeniu i dojść do wybuchów i gwałtów, tak sprzecznych z mą naturą i z mą dawną miłością dla ciebie? Była ona większa niż myślałaś; kryłem się z nią nawet przeważnie przed tobą z obawy, aby nie być ci natrętnym lub nie umniejszyć twego szacunku zachowaniem, które nie byłoby właściwe dla męża. Słowem, wart byłem twego serca; jeszcze raz mówię, umieram bez żalu, skoro nie mogłem go mieć i skoro nie mogę go już pragnąć. Żegnaj, pani; pożałujesz kiedyś człowieka, który cię kochał uczuciem szczerym i prawym. Poznasz zgryzoty, jakie znajdują osoby cnotliwe w takich związkach, i poznasz różnicę między miłością taką jak moja a uczuciami tych, którzy, okazując ci miłość, szukają jedynie chwały uwiedzenia cię. Ale śmierć moja zostawi ci swobodę — dodał — będziesz mogła uszczęśliwić pana de Nemours, nie uciekając się do zbrodni. Cóż mi znaczy — dodał — co się stanie, gdy mnie już nie będzie; cóż za niezgodna słabość myśleć jeszcze o tym.