Małe krasnoludki zaczęły mu w oczach rość317, rość, a Cygan cofał się... cofał, szepcąc zbielałymi ze strachu ustami:
— Zgiń, przepadnij, maro!... Zgiń, przepadnij...
Tymczasem Krasnoludki przerosły go o głowę, przerosły o dwie, o trzy, aż zrównawszy się z borowymi sosnami, stały przed nim groźne, potężne, olbrzymie, tak że ów Cygan wydawał się przy nich jak karzeł.
Rzucił się tedy przed nimi na ziemię i złożywszy ręce, wołać zaczął:
— Darujcie, jasne pany! Darujcie wielkomożne pany! Ja myślał, że wy małpy, a wy czarodzieje! Darujcie Cyganowi, jasne wielkoludy!
Nasrożył brwi na to w olbrzyma zmieniony Podziomek i grubym głosem rzecze:
— No, może to być, bom dziś łaskaw! Ale nas przez bór i przez rzekę do Groty naszej nieś! A niech się który co najmniej utrzęsie albo o gałąź drapnie, albo buty zamoczy, to cię w szkapę żydowską zamienię! O wikcie318 też pamiętać masz! Dużo ma być jadła na każdy czas i dobrego! A co to ci tam z torby sterczy?
Okazało się, że z torby sterczał placek ze straganu porwany, pasek słoniny wędzonej i serek.
— Mało! Bardzo mało!... Zupełnie mało!... — burczał, dobywając zapasy te Podziomek.
Ale Cygan, z ziemi nie wstając, wołał: