— Bo — mówił — są tam psotne chłopaki, które jakby tylko o mnie się zwiedziały34, oho! już bym przed nimi spokojności35 nie miał!
Koszałek-Opałek z wdzięcznością opuścił gościnnego chomika, posilony na duchu i na ciele.
Szedł teraz wesół i raźny, poglądając36 spod ciemnego kaptura po chłopskich pólkach, po łąkach, po gajach. A już ruń37 dobywała się i parła gwałtownie nad ziemię; już trawki młode puszczały się na wilgotnych dołkach, już nad wezbraną strugą38 czerwieniały pręty wikliny39, a w cichym, mglistym powietrzu słychać było kruczenie żurawi, wysoko gdzieś, wysoko lecących.
Każdy inny Krasnoludek poznałby po tych znakach, że wiosna już blisko, ale Koszałek-Opałek tak był od młodości pogrążony w księgach, że poza nimi nic nie widział w świecie i na niczym nie rozumiał się zgoła40.
Wszakże i on miał w sercu taką dziwną radość, taką rześkość, że nagle zaczął wywijać swoim wielkim piórem i śpiewać znaną starą piosenkę:
...Precz, precz smutek wszelki,
Zapal fajki, staw butelki.
Zaledwie jednak był w połowie zwrotki, kiedy posłyszał ćwierkanie gromady wróbli na chruścianym, grodzącym pólko, płocie41; urwał tedy piosenkę swą natychmiast, aby się z tą gawiedzią42 nie bratać, i namarszczywszy czoło, szedł z wielką powagą, iżby ona hołota43 wiedziała, że mężem uczonym będąc, z wróblami kompanii nie trzyma44.
A że już i wioskę widać było, skręcił tedy na przydrożek45, gdzie go zeszłoroczne badyle różnego chwastu prawie zupełnie zakryły, i niepostrzeżony do pierwszej chałupy doszedł.
Wieś była duża, szeroko rozbudowana wśród poczerniałych teraz i bezlistnych sadów, a ostatnie jej domostwa opierały się o ciemną ścianę gęstego sosnowego boru.