Na podszewce skroś sajeta...

Wprawdzie słony był rachunek,

Ale co za toaleta!

Naturalnie, żem się musiał

Z mojej szarej kamienicy

Wyprowadzić w takim stroju,

I dziś — mieszkam na ulicy,

Na tej samej, Ogrodowej,

Gdzie biegacie wszystko troje,

I drżę z strachu, gdy was widzę,