Jedne z nich, misternie utkane jakoby z włókienek jedwabiu, rozciągały szeroko zielone swoje makaty; drugie, rozdmuchnięte w piórka a strzępki, stały po mokradłach i dołkach całe w rosach jeszcze; inne porębionymi blaszkami przylgnęły do pniów drzewnych i rozrzuconych kamieni; były i takie, co wyglądały jako czarodziejskie serwisy, ustawione umyślnie dla boginek leśnych, z pucharków srebrnych, z drobnych czareczek wydłużonych misternie, z rożków wykręconych jak trąbki, na których złote chrząszcze i świetliki grają całą kapelą podczas świętojańskiej nocy.

Kiedy tak idąc z pochyloną głową, przypatruję się dziwnym onym zastawom a gobelinom, ścieżyna moja, rzuciwszy łagodny cień klonów, wbiegła pomiędzy olbrzymie odłamy skał, strącone niegdyś skrzydłem przelatującej burzy z niedalekiego Brachberga.

Padły i legły jako zwyciężone tytany; jedne z nich czołem zaryły się w ziemię głęboko; inne, na wznak powalone, strzaskanym cielskiem swoim zasypały całe kolonie drobnych, leśnych krzewów, próbujących nieśmiało obejść te martwe bryły i młodymi wypustkami odetchnąć ku słońcu.

Błądząc po smętnym owym cmentarzysku, naraz posłyszałam przenikliwą nutę tyrolskiego „jodlera”31. Przede mną szedł drwal z siekierą w ręku, z brzemieniem drew na plecach, a idąc — śpiewał.

Odzież jego stanowiła podłużna, siwa dera32, z otworem pośrodku, do przetknięcia głowy służącym, z bokami opadającymi jak ornat na piersi i plecy górala.

Przy takim odzieniu ramiona pozostają odkryte, a jeśli przy pracy nisko pochylać się trzeba, to cała dera robi lewo w tył i wtedy boki jej wiszą ponad ramionami. Wypadkowo tylko widziałam odzież tę w pogodę; zwykle bowiem używają jej górale w czasie deszczu i szarugi, dla zaoszczędzenia zielonych spencerów.

Za drwalem biegł chłopiec, pięć lub sześć lat mieć mogący, i ciągnął za sobą grubą gałąź z liściem zeschniętym. „Jodler” służył zapewne do ułatwienia drogi malcowi; bo lubo33 srodze rozczerwieniony i zziajany, biegł przecież za głosem ojca i zdobyczy swojej nie puszczał. Minęli mnie, mając się34 ku górze; ścieżka też moja dźwignęła się i w las poszła.

Las to był ciemny, iglasty, bez tchu stojący.

Uśmiechy dnia i słońca zostały poza nim daleko.

Chłodem wiało i strachem z tej gęstwy ciemnej, w którą zwarły się rozwichrzone jodły i świerki posępne.