Ach! Che miraculosa!423 — powtórzyłam za Gemmą, patrząc na wotum to. I odtąd wiara w cuda dokonywane przez Madonnę del Monte jest we mnie niczym niezachwianą wiarą.

Słońce zachodziło, kiedy na skraju góry stanąwszy, puściłam wzrok, jak się puszcza ptaka na wolę424. Pod nami leżało miasto bielejące wśród winnic i sadów, w obszernej górskiej kotlinie, cieniem nakrytej od wschodu, od zachodu rozgorzałej w łunach. Huk Adygi aż tu słychać było. W czerwonych płomieniach leciała, złotą pianą bryzgając pod słońce zniżone. Zmierzch padał już po jarach głębokich, rozjaśnionych srebrnymi pasami wód żywych, które się zrywały z gniazd swoich, jak orły ruszone, i bijąc skrzydłami białymi w dolinę pęd brały, namiętnym chórem odpowiadając łoskotom fal gniewnych. Muzyka to była dziwna, od której serce drżało też do lotów nagłych, górnych, niepowstrzymanych, gwałtownych.

Słowa do pieśni tej rodzą się na ustach narodów, kiedy im z serca kipią czyny ogromne. Ale nie było takiego, co by złożył cały hymn. I wiem, że długo nie będzie. Biedni dobieracze zgłosek! Niemowlętami jesteście. A kiedyż przemówicie jak męże?

Mori...425 — szepnęła Gemma słodkim, cichym głosem, zwracając ku południowi głowę. — Mori...

I zasłoniwszy się ręką od bijących jej w twarz promieni słonecznych, stała zapatrzona na rodzinny dom swój, z tym półsmutnym, półradosnym wzruszeniem dusz prostych a tkliwych, którym pociechą jest, że mogą tęsknić do czegoś.

9

Oblicze miasta — Polano — Sant Moroni i kos jego — W cztery strony świata — Piazza Rosmini — Illustrazione Popolano — Ogród miejski — Florentino — Północna droga — Na moście — Cmentarz w Roveredo — Czwartego dnia — noc.

Przebyć w Roveredo tydzień cały, nie mając żadnego zajęcia i oczekując z dnia na dzień wieści, że jechać już można — nie jest bynajmniej tak łatwym, jak się być wydaje. Pracowite to i stateczne miasto wygląda, jak gdyby je obowiązywała jakaś reguła zakonna. Nie ma w nim ruchu, głosu, pulsu życia. Wielkie jego, poważne, surowego stylu domy, cały dzień bywają zamknięte na ciężko okute podwoje, błyszczące zamiast klamek lwimi paszczękami, a szeregi okien, u których zapuszczono żaluzje białe, nadają prostym, szerokim ulicom jakiś pozór chłodu i martwoty.

Mężczyźni wyglądają jak kwakry, kobiety — jak mniszki.

Psów i koni jest tak mało, że w przeciągu trzech dni poznałam je do jednego. Co do ekwipażów, to mieliśmy w Roveredo — oprócz zapasowych dyliżansów, które po remizach stały — dwie pocztowe karety chodzące do Mori i Riva, kabriolet pułkownika, którym żonę na spacery woził; starą, zrujnowaną landarę biskupią, prowadzaną do stelmacha po każdej paradzie, dwa, trzy bankierskie powozy i welocyped młodego signora Tachi.