Idź jednak, idź ciągle. Między tymi dwiema skałami jest przejście: naprzód! Otośmy się wyrwali nareszcie! Tu już wolniej oddychać można. Las szumi w dali; wstępujesz weń z uczuciem ulgi niewymownej. Granitowe olbrzymy rzucają tu za przechodniem odłamami skał, walcząc jak bohaterowie Homera; pełno też tu wielkich, obrosłych mchami kamieni, w ziemię zarytych, sterczących rumowiskiem potężnym. Wpośród nich zamodliła się ku błękitom pustelnia cicha, w której żył i umarł samotnik, Max Sztein-Balddinger, „Edle”, jak dodaje napis.

Od tej pustelni droga podnosi się ciągle, wreszcie nie staje ci pod nogami ziemi i mchu; drzeć się musisz po żwirach ostrych pod górę, zawsze pod górę. Ustałbyś może i wrócił nięmesko, gdyby nie huk ten potężny, prawdziwy ryk lwa, którym Dachstein do siebie cię woła.

Idziesz i padasz bez tchu nad jarem dzikim, zawalonym blokami skał, po których z piekielnym łoskotem toczące się wody ducha twojego w przepaść unoszą kędyś. A tam, nad głową twoją, sieje się pyłem srebrnym strumień jak Tarpeja strącony ze skały.

Białej gazy zasłona wieje w powietrzu, roziskrzona słońcem; to Brautschleier, welon ślubny oblubienicy Dachsteinu.

A tuż przeciw temu wodospadowi, uroczej piękności naga turnia krztusi się i dławi, i wyrzuca z piersi całą rzekę wód huczących ogromnie. To organy potężne, na których gra burza.

Przechyl się tam, tam, niżej jeszcze! Widzisz tę przepaść? Tajemnica i noc w niej mieszka. A nad nią motyl biały waży się i krąży, jakoby przyciągany oddechem otchłani. To duch człowieka, to Psyche119, tajemniczej piękności kochanka, co ulata nad przepaściami, tam nawet, gdzie się nie waży żaden promień słońca.

6

Powrót z Hallstadtu — Tamino, Rudi i doktorzy — Obrazki z balkonu — Hans Peter — Wycieczka do Nusselsee — Droga leśna — Jezioro — Kawiarnie — Przewoźnik — Cesarskie drzewo — Na łodzi.

Hej, lesie ty bujny! Hej, wodo ty chłodna, srebrnym pyłem ze skały lecąca! Nie na dobre, jeno na złe nawiodło mnie słuchanie huków waszych a szumów.

Z gorączką wróciłam z Hallstadtu, a wróciwszy, przeleżałam długie dnie. Jedyną w nich pociechą były mi listy z kraju, a jedyną rozrywką — Rudi.