Nasz konsul trzyma się widocznie ściśle przepisów Koranu: na stole nie ma wina. Są za to sorbety39 i w kryształowych karafkach cukrzona woda do picia. Po skończonym obiedzie służący obchodzi gości z misą stalową misternie inkrustowaną złotem i z dzbanka takiegoż wyrobu leje im na ręce różaną wodę.
Z długich wizyt Persów i z kwiecistych ich frazesów nic dla nas dobrego nie wynika. Sprawa naszego wyjazdu o krok się nie posuwa. Na szczęście major rozsyła na wszystkie strony hotelowych służących, by przewiadywali się o karawany, do których moglibyśmy się dołączyć. Odkrywa w taki sposób jakiegoś Czerkiesa40, który ma eskortować do Bajazydu jadącą z Konstantynopola żonę swego pułkownika, podróżującą z pół tuzinem dzieci, a drugim pół tuzinem służebnych. Czerkies najął trzy furgony, kolosalne bryki z okresu krzemienia łupanego, w których można by z łatwością zmieścić arkę Noego i wszystkich jej mieszkańców. Pułkownikowa z dzieciarnią, służbą, poduszkami, kołdrami, materacami i bagażami zajmuje całkowicie dwa wehikuły. W trzecim ma zaledwie cztery kufry, zmieścimy się tam doskonale z naszymi manatkami.
Wspaniały ten pojazd ma nas w dni 20 dowieść do Bajazydu za 600 franków. Major wychwala jego przymioty i upewnia, że furgon uchroni nas znakomicie od zimna, ulewy, wiatru i śniegu. Rzeczywiście rozciąga się nad nim na półobręczach pokrycie z grubego płótna i podartej ceraty... Jesteśmy w połowie października, a choć nam świeci jasne słońce i chwilami nawet skwar dokucza, należy pamiętać, że w górach temperatura znacznie już jest niższa.
Ja osobiście przekładam furgon nad tachtarawan, rodzaj lektyki, którą dźwigają muły, i nad kedżawe, najstraszniejsze z narzędzi średniowiecznej tortury. Składa się ono z dwóch kołysek, ciasnych i małych, o niskich daszkach, złączonych pałąkiem nałożonym na grzbiet konia lub muła. Dwie ofiary losu i okoliczności zasiadają w dwóch tych klatkach. Przy najmniejszym ich poruszeniu kedżawe zamieniają się w huśtawki. Wolę stanowczo furgon. Kupujemy tylko parę materaców i kołder; dniem będziemy na nich siedzieć, gdyż furgon trzęsie obmierźle; nocą zastąpią nam nieistniejącą na noclegach pościel.
Rzecz jest zdecydowana i ułożona; na dobicie umowy wypijamy z Czerkiesem kilkanaście naparstków herbaty.
Zaopatrzeni w listy polecające do konsulów perskich, a co ważniejsza, w zapasy spożywcze i w olbrzymią apetyczną pieczeń, której spreparowaniem zajął się był41 poprzedniego dnia stary Tomczyk, wyruszamy wczesnym rankiem z Trebizondy.
Tomczyk przydreptał już o szarym świcie.
— Czy wszystko dobrze upakowane i obwiązane? Niech no pani siedzi spokojnie, już ja się tym zajmę.
I układa poczciwina w furgonie pościel, pilnuje bagaży, kłóci się z woźnicą i wymachuje kijem.
Major kurzy nargile i wymyśla na odjezdnym Czerkiesowi, grożąc mu najcięższymi karami piekielnymi, gdyby nas dobrze i cało na miejsce nie dostawił. Pijemy razem ostatnie szklanki herbaty z cynamonem; przy pożegnaniu ofiarowuje mi jeszcze obfitą prowizję42 granatów i cytryn, wierny jest stanowczo tym owocom.