Droga, wyciosana w zboczu góry, okręca ją długim wężem, wije się za nami i przed nami. Tędy podobno ciągnęły do Persji zastępy greckie: złociste hełmy i lśniące puklerze44 jak słońca w słońcu promieniejące, szły murem zwycięskim poskramiać barbarzyńców. I tędy wracały smutne rozbitki szeregów: to droga odwrotu „Dziesięciu tysięcy”45...

Niestety wspomnienia ubiegłych dziejów ludzkości nie wystarczają, aby podróż uczynić przyjemną, a skalistą drogę znośną. Trudno myśleć o Ksenofoncie wobec przymusowej gimnastyki, na jaką skazują nasze nędzne ciała iście przedhistoryczne wehikuły. W dodatku wąski pas drogi tak wysoko już pobiegł ku szczytom, że niech tylko ten czwarty, stąpający tuż przy krawędzi koń zrobi jeden krok fałszywy, niech się poślizgnie, a furgon, bagaże, konie i ludzie urządzą przedbajeczne salto mortale46 w przepaść.

Raz po raz krzyczę przeraźliwie i chcę wysiadać. Mustafa odwraca się wtedy ku nam z uśmiechem, w którym pobłażliwość dla mej nieświadomości graniczy z pogardą dla mego tchórzostwa. Tłumaczy mi, że nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Rozumie się! Jakież niebezpieczeństwo może grozić podróżnikom wiszącym o 800 metrów nad ziemią na skraju przepaści.

Po kilku godzinach rozpaczliwych wzywań na pomoc wszystkich potęg niebieskich zaczynam się powoli uspakajać. Zwierzęta, w górach zrodzone i wyrosłe, znają każdy kamień, każdy krzaczek, każdy załom drogi, stąpają pewno i równo. Woźnice są prawdziwymi mistrzami w swym zawodzie. Trzeba widzieć naszego Tatara wobec rozwalonej grobli lub wielkiego wyboju. Staje na wozie, ściąga mocno lejce, tnie siarczyście batem i wydobywając z gardła szereg nieludzkich wrzasków, z wściekłą fantazją sadzi przez przeszkodę. Tak mi imponuje swą pogodą i swą zamaszystością, że nabieram do niego ślepego zaufania. Zaczynam przypuszczać, że gdyby wszystkie cztery nogi konia zawisły nad próżnią, a Mustafa furgonem kierował, potrafiłby jeszcze nas wyratować wbrew wszelkim prawom fizyki.

Pierwszy ten dzień podróży przechodzi względnie wesoło. Czas jest przepiękny, a droga malownicza; panuje na niej ruch i ożywienie. Co kilka wiorst47 spotykamy kramiki z owocami; przekupnie biegną za nami, ofiarowując orzechy i winogrona. W południe dostajemy w zajeździe herbaty z samowara, razowego chleba i znów orzechów, winogron i rodzenków. Wieczorem w osadzie Drewisty, gdzie zatrzymujemy się na noc, dają nam oddzielną izbę z dwoma tapczanami, zaopatrzonymi w bardzo prymitywną, lecz nie najbrudniejszą pościel. Niestety, nie ma kluczy we drzwiach, nie ma klamek, nie ma nawet zasuwek. Są za to koty, o czym nie wiedzieliśmy. Nasze zapasy przypadły im widocznie do smaku; budząc się następnego ranka, widzimy naszą pieczeń, wspaniałą pieczeń z Trebizondy porwaną, poszarpaną, obficie utarzaną w kurzu i oczywiście niegodną już ludzkiego podniebienia.

Rozumie się, że o miednicach, dzbankach do wody i innych luksusowych a zbytecznych wymysłach cywilizacji mowy tu nawet nie ma. Dobrze jeszcze, że nie brak wody, czystej jak kryształ, źródlanej. Jedno drugiemu leje jej nieco na ręce... na co miednica?

Budzą nas już o czwartej z rana, choć wyjechać mamy o szóstej. I tak dziać się będzie przez dwa miesiące, przez cały czas podróży. Daremnie tłumaczymy Czerkiesowi i Mustafie, wzywając na pomoc najwyrazistszą mimikę i cały nasz zapas tatarszczyzny, że pół godziny wystarczy nam na wszystkie przygotowania. Oni wytrwale budzą nas w noc czarną i ubrani czekać musimy półtorej lub dwie godziny, zanim karawana w dalszą drogę wyruszy.

Drugiego dnia pniemy się jeszcze więcej ku szczytom; na widnokręgu wrzynają się w niebo śniegowe wierzchołki. Droga rozsnuwa się tuż przy szczytach. Pod nami głębokie wąwozy. Stoki gór porosły gęsto świerkowym lasem, strumienie tryskają ze skał; gdzieniegdzie stada owiec znaczą się na pokrytych trawą zboczach ciemnymi plamami. Niezwykle malowniczy krajobraz przypomina Szwajcarię, lecz Szwajcarię dziką, bez kolei, telegrafów i telefonów, bez wykwintnych szalecików, bez wspaniałych hoteli i fertycznych48 a wdzięczących się Mädchen49 służebnych.

Tu wdzięczy się jeden Mustafa szerokim uśmiechem swych ust bezzębnych, prosząc o bachczysz i tytoń. Mijający nas „turyści” wyglądają na rozbójników. Spotykamy mnóstwo tatarskich arabatczów, zaprzężonych w woły krótkich wozów o dwóch olbrzymich, straszliwie skrzypiących drewnianych kołach. Arabatczi w baraniej czapie, o twardej dzikiej twarzy, leży na workach mąki lub wiązkach chrustu, kurząc fajkę; woły stąpają leniwie. Melancholią wieje od człowieka, pojazdu i zaprzęgu... majaczą po głowie dumki Bohdana50.

Wyciągnięte długim szeregiem karawany koni, mułów, osłów kroczą ku noclegowiskom. Zwierzęta też niesłychanie są objuczone. Wielbłądy zdają się nieść stosunkowo mniejszy ładunek. Pod wieczór krzyżujemy się z pierwszą ich karawaną; podróżują bowiem przeważnie nocą, a dniem wypoczywają. Na parę godzin przed ich spotkaniem niosą nam echa górskie melodyjny śpiew dzwonków. Idący przodem wielbłąd, wyniosły i dumny, nie dźwiga nic na sobie. Czapraki51 ma różnobarwne z bogatą, puszystą frędzlą, a obwieszony jest jak wieża kościelna dzwonkami i dzwoneczkami bez liku. Jego towarzysze mają ich po kilka lub kilkanaście; on co najmniej kilkadziesiąt. Nad głową kołysze mu się olbrzymi pióropusz; mina zabawnie napuszona. Grubym sznurem połączony jest z drugim wielbłądem, drugi z trzecim itd.; sczepiają ich zwykle razem po dziesięć lub dwanaście. Stawiają z godnością wykrzywione kabłąkowate nogi, a tak pretensjonalnie poruszają głową na wysokiej szyi, że widok ich rozwesela. Na pierwszym wielbłądzie każdej nowej serii siedzi czerwadar w białych baranach, w płaskiej szerokiej czapie, odbijając jasną plamą od brudnej sierści zwierzęcia. Wielbłądy te są głównie jednogarbne, mniejsze niż dromadery afrykańskie. Dość łagodne, kąsają jednak złośliwie, gdy je podrażnić.