Zamiast jednej, dwie jeszcze noce spędzamy w nędznych kurdzkich legowiskach. Wydaje mi się już wreszcie, że te noclegi w półoborach są w najzupełniej naturalnym porządku rzeczy.

Oto na tle czerwonokrwawych gór widnieją mury Bajazydu. Dojedziemy tam za dwie lub trzy godziny.

IV

Bajazyd. — Pobyt u Dżiber-beja. — Awadżyk i przyjęcie u paszy-Khana. — Droga do Khoj.

Bajazyd, wysoko w górach położony, twardo odrzyna się od ich tła czerwonokrwawego, przypopielonego szarym pyłem. Wszystkie szczyty naokół biją tą krwawą łuną, która przesyca powietrze i kładzie dziwne cienie na ubogie domostwa mieściny.

W oddalonej przeszłości Bajazyd znał dni potęgi. Uczepione u skał jak orle gniazdo, miasto miało podobno 10 tysięcy domostw. Dziś liczy zaledwie dwieście nędznych lepianek. Ruiny fortecy i warownego zamku wieńczą jeszcze szczyt góry wznoszącej się nad nim.

Przeszło przez dwie godziny pniemy się po stromych zboczach i wciąż wydaje nam się, że miasto tuż przed oczyma. Furgon staje wreszcie na środku małego placyku. Spostrzegamy się wtedy, że dwa drugie wehikuły zniknęły. Zniknął i Czerkies, który musiał iść za hanum i jej małżonkiem.

Decydujemy się wysiąść, lecz nie wiemy, co począć z sobą. Otacza nas gromada ciekawych, których intrygujemy bardzo, ja szczególniej. Niewesoło jest być europejską kobietą w górach Małej Azji!

— Państwo podróżni? Spodziewacie się tu może hotelu? — odzywa się ktoś za nami, wysławiając się wcale przyzwoicie po francusku.

Oglądam się. Widzę mężczyznę lat 40, o miłej, otwartej fizjonomii. Ubrany jest w mundur oficera armii tureckiej.