Turki przedstawiają problematyczną może nieco, lecz w każdym razie jedyną siłę fizyczną organizmu narodowego, Farsi są jego mózgiem. Umysł mają bystry, obejmujący łatwo, ale nie pogłębiający przedmiotu. Uczą się wszystkiego niesłychanie prędko, nie przetrawiają jednak zdobytej wiedzy. Asymilują sobie jej stronę powierzchowną, zachowując z niej to, co błyszczy, czym mogą olśnić. Odrzucają wszystko, co treść jej wewnętrzną stanowi. Lubią robić tamasza183 z swych wiadomości, jak dellale z swych skarbów.
Próżność ich i zarozumiałość jest niebotyczną. Tak samo, jak z pochwyconych gdzieś słabych świateł wiedzy, chełpią się z bogactwa, z koligacji, z tytułów.
Gdy opowiadać zaczną o swych przodkach, każdy z nich ród swój wiedzie z jakichś szahzadek (książęta krwi królewskiej) lub z Kadżarów, którym, jak u nas Augustowi Mocnemu, wiele przypisywać można. Bowiem w ogóle, prócz Muzaffer-Eddina, człowieka obyczajów spokojnych, obchodzącego się kilku żonami, szachowie tej dynastii enderumy mieli zapełnione pokaźnie. A słynny Fet-Ali-Szach (1797–1834), król czarnobrody, którego postać uwieczniają ściany pałaców, mozaiki bram, miniatury, malowidła kalemdanów (piórniki), kalemkorów (płótna) i skrzynek — posiadał kolekcję 700 małżonek, które dały mu 600 sztuk potomstwa.
Rozmnażając się w skromniejszych niż wielki ojciec rozmiarach, potomstwo to dorosło jednakże do niezłej już cyfry 5000 osobników. Nietrudno więc Persowi z Kadżarów w prostej linii legitymować się lub choć bokiem do nich się przygarnąć.
Uważają się też Irani za najstarszy naród świata i cywilizacji. Ich instytucje społeczne i państwowe są nieskończenie wyższe od odpowiednich instytucji Frengistanu; ich medreszeh to najpierwsze szkoły obu półkuli; ich poezji żadna inna nie dorówna — z niej jeszcze bez wątpienia ciągną najsłuszniejszą chwałę. Król ich jest najpotężniejszym z monarchów ziemi: to „biegun wszechświata i jego bożyszcze, studnia wiedzy, pierwszy szczebel drabiny niebieskiej, monarcha, którego armie liczniejsze są niż gwiazdy na niebie i piaski w morzu, król królów i cień Boga”. Czym zresztą nie jest on w ich przesadnie napuszonych określeniach?
Nigdy nie zapomnę pewnej okoliczności, w której mogłam po raz pierwszy osądzić naiwną zarozumiałość i pewność siebie synów Iranu. Działo się to nie w Persji, lecz jeszcze w Paryżu, na wielkim raucie, wobec przynajmniej trzystu osób.
W różnojęzycznym tłumie gości, przeważnie złożonym z przedstawicieli świata lekarskiego, kołatało się kilku Persów, którzy ukończywszy studia medyczne w teherańskim Collége Impérial, przyjechali na uzupełnienie ich do Paryża.
Na raucie popisywali się wirtuozi fortepianu i jacy wirtuozi: grał Paderewski184, po nim znana pianistka, pani Roger-Miclos185. Kto więcej — nie pamiętam, w każdym razie artyści niepośledniej miary.
Nagle zbliża się do gospodarza domu jeden z młodych Persów, oświadczając, że on również biegłym jest wykonawcą i chce zagrać zgromadzeniu kilka perskich melodii.
— Czy to być może? Ależ to doskonale!