— A cóż? — zagadnął tenże, wytrzeszczając oczy zdumione, że go o to nawet pytać mogą.

Zapanowało głuche milczenie.

— To po coś tu jechał? — ozwał się wreszcie stary ponuro.

— Jakże po co? Pisał Marek, że ojciec umarł.

— No, to co? Już blisko rok, jak go pochowaliśmy...

— Aha! Czas leci jak depesza po drucie! — westchnął Kazimierz.

— A na grobie jego byłeś? — wtrąciła delikatnie panna Aneta.

— Nie było kiedy, miła ciotuszka! Będę, jak drugi raz przyjadę.

Ragis zwrócił się na pięcie i zmierzył oczami swego chrześniaka.

— Marek! — zawołał ostro.