Marek ze swej rezydencji odpisał odmownie. Na święta wzywał go Jaźwigło do Kowna dla interesu. Był to doroczny termin zakończenia poświckich rachunków i utworzenia bilansu.
U Wojnatów gospodarzyło młode małżeństwo. Marta promieniała urodą, nie brakło dostatków, ale pomimo to jednak czegoś nie dostawało81. Bywały częste swary. Wojnat stetryczał i klął o byle co. Marta nie umiała zmilczeć, Łukasz, zawsze zalękły a rozkochany, potakiwał żonie.
Stary co tydzień wypędzał ich z chaty, służba nie wiedziała kogo słuchać, a młodzi w tej ciągłej niepewności stracili ochotę do pracy.
W dodatku przyplątały się choroby. Zaglądała młoda kobieta często po zioła do panny Anety i choć śmiała się z żartów Ragisa, czuć było rosnącą gorycz w jej duszy. Łukasz, wiecznie wzdychający, nudził ją.
Razu pewnego przyszła nad wieczorem do staruszki. Łez ślady były w oczach, choć rozmawiała swobodnie.
— Przychodzę do pani po deseń do kilimki. Takich gustownych nikt nie ma u nas... O! Jak tu u was ładnie! — dodała, zaglądając do ogródka przez nowiutkie sztachety.
— Dziękuję, moja śliczna, dziękuję za pochwałę! — odparła staruszka. — Deseniki mam i dam z przyjemnością... A jakże tam z febrą u was?
— Dziękuję! Trochę lepiej, już dziś Łukasz poszedł w pole do siebie, bo musi być, wyprowadzimy się od dziada...
Zaśmiała się z przymusem i dodała:
— Chleb cudzym nożem krajany niesmaczny! Pana Ragisa nie ma w domu?