— Poczekajmy listu! — wygłosił wreszcie swe zdanie.
Czekali tedy. Marek chodził od telegrafu na pocztę lub siedział w salonie Jazwigły, admirując brata i pannę Marynię, gadających ze sobą godzinami. Co to można mówić, widząc się co dzień, po dniach całych, tego nie pojmował i nigdy nie słuchał, a tamci też nie krępowali się jego obecnością.
Raz tylko spytał brata, wieczorem, w drodze do zajazdu:
— A cóż tam z twoją spółką handlową z Kirgizami?
— Niech ją pies zje! — machnął ręką Kazimierz. — Albo ja dzik, żebym do dziczy wracał? Mnie tu, jak w raiku, miły brat! Szukam posady, bo to, widzisz, i żenić by się wypadało! Źle samemu na świecie! Co?
— A pewnie! — potakiwał Marek roztargniony.
Tego samego dnia stary Jazwigło zaszedł niby przypadkiem do pokoiku córki i zaczął od pytania, co jutro będzie na obiad. Potem zagadnął o cenę mięsa, o sklep piekarza, o uczciwość Agatki kucharki, wreszcie umieścił swoją okrągłą figurkę na kanapce i po długim, milczącym pykaniu z cybucha, rzekł mimochodem:
— A to, słyszę, Czertwan wyjeżdża znowu do Rosji?
Panna Maria miała bardzo bujne brwi, bystre oczy i wiele stanowczości w rysach. Chowana bez matki, od dawna była gospodynią w domu, z gotową decyzją i z całym zrozumieniem swej roli.
— Chyba się ojciec myli — odparła spokojnie. — Pan Czertwan powinien zostać w kraju.