— Aha? Pogada, ręczysz? No, to poczekam, kiedy tak.

Uspokojony stary dźwignął się z kanapy i udał na spoczynek, pogładziwszy na pożegnanie głowę córki. Żmujdzini to byli zakuci. Nie marnowali słów na frazesy, ale rozumieli się wyśmienicie.

Nazajutrz bracia stawili się o zwykłej godzinie. Kazimierz trochę czerwieńszy i weselszy, Marek znudzony, trochę posępniejszy.

— Nie ma listu? — spytał, wchodząc do gabinetu prawnika.

— Dzień dobry, Marku! — odrzekł flegmatyczne gospodarz. — Umiesz ty po angielsku?

— Nie, a po co?

— A toż te Amerykany, to jakoby Angielczyki. Bo i list po angielsku.

— To jest list?

— A jest. Właśnie go szukam. Rozbieram dziś sprawę Komarów i Mołów. Tyle tych papierów na biurze. Ot, masz list, ale zawołaj chyba Maryni, bo my obydwa nie do angielszczyzny.

Marek spłoszył czułą parę w salonie. Panna Maria wstała natychmiast na wieść tę tak pożądaną. Kazimierz na handlowym wydziale niegdyś studiował obce języki, ofiarował się też z pomocą.