— Nu, niech pan las sprzeda!

Jakaś złośliwa myśl mignęła w oczach młodzika.

— Las? — powtórzył powoli, śmiejąc się do własnej myśli. — Może to najlepsze! Co ty za kasę masz w głowie, panie Rubin? Las... Genialne!... Pośpieszna sprawa... No, zobaczymy, przyjdź wieczorem... Ale, nie wiesz, co to za panna? Kaducznie ładna!

— Fi! Gdzie ta ładność? Taka chuda! — odparł, krzywiąc się, Żyd.

— Et, głupiś, panie Rubin! Tak się na tym znasz, jak zając na ananasie. Pójdę no na zwiady.

Poprawił włosów, krawata, musnął projekt na wąsiki, ubrał się z czapką na ucho, a rękami w kieszeniach wyszedł na korytarz.

Tablica z nazwiskami była opodal; zbliżyli się z Żydem do niej.

W tejże chwili szwajcar zapisywał nowych gości, zajrzeli ciekawie; „Irena Orwid” stało sążnistymi literami.

Student odskoczył o krok, oczy mu się rozszerzyły osłupieniem.

— Widzisz? — zagadnął Żyda.