Amerykanin zrobił pauzę i z dumą spojrzał na słuchacza.
— Dają wam wzrastać! — mruknął Marek.
— Ojciec mój przeczuł świetną przyszłość osady. W początkach skupił za bezcen obszary ziemi, potem połowę rozprzedał, zarabiając sto za sto. Połowę zostawił sobie dla dorobku. Najstarszemu bratu kupił kilkaset akrów102 z żyłą cyny, ożenił go i osadził. Średni nie chciał w domu pracować, z amatorstwa marynarzem został, ja otrzymałem wykształcenie techniczne i kapitał. Założyłem przędzalnię bawełny, ojciec został na fermie, matka dawno umarła, zaraz po moim narodzeniu. Oto masz pan nasze dzieje!
— A panna Orwid? — zagadnął Marek.
— Oh, to także stara historia. Miałem dwanaście lat, gdy do plantacji naszej przyszedł, prosząc roboty i chleba, człowiek wychudły, w gałgany odziany, pokaleczony, z dziewczynką czteroletnią może, ledwie żywą ze zmęczenia i głodu. Szli z zachodu i długo stali pod bramą naszą, bo nikt nie wierzył, czy ten nędzarz zda się na co w polu. Nareszcie ojciec mój go spostrzegł i przyjął z łaski, dla dziecka więcej, bo lubił dzieci bardzo.
Człowiek stanął z Murzynami i Chińczykami do pracy. Robił cicho i posłusznie, ile sił mu zostało w wynędzniałem ciele, ale słaby był już ich zasób.
Zapomniano go w tłumie. Z dzieckiem mieszkał w budzie na plantacjach...
W tej chwili zza pleców Marwitza Irenka Orwid wychyliła się cicho i, kładąc mu rękę na ramieniu, rzekła:
— Ja dokończę, Clarke, swoich dziejów! Ty wiele zataisz!
Usiadła między nimi i mówiła dalej wzruszonym głosem: