— Darujcie, czekałem dwa tygodnie. Może nie macie czasu?

— Wziąłeś jezioro?

— Jak kazaliście, zrobiłem wszystko. Jezioro nasze, ale nie miałem rozporządzenia na połów, a tu mi Żydzi progi obijają po ryby. Poszedłem po radę do naszego chrzestnego. Chciał po was sam jechać, ale coś niedomaga, mnie posłał. W jurgiskich młynach zabrakło żyta, od czwartku stoją. Pytał się o was młodszy ze Skomontów trzy razy. I panna Hanka przyjechała wczoraj z proboszczową synowicą i także was potrzebuje. A najgorzej z tymi rybami, bo bardzo płacą teraz. Tak was czekamy, jak słońca.

Panna Irena słuchała tej oracji nadzwyczaj ciekawie. Czasem zrozumiała jakieś słowo, reszty się domyślała.

— Pan już nas opuści? — rzekła z żalem.

Pomilczał sekundę i nie patrząc na nią, odparł po swojemu, mrukliwie:

— Ile razy pani zawezwie, rzucę swoje i przyjdę. Teraz iść trzeba.

— Zaraz?

— Zaraz.

Skłonił się przed nią głęboko.