Teraz, po długim niewidzeniu, odnajdywała ten sam chłód, tę samą posępność i z przykrością prawie poczuła, że jej raz drugi złowieszczo zabiło serce.
A on, jak zwykle, nie patrzał na nią, prawie się nie przywitał: obojętny, z kamiennym spokojem słuchał tych różnorodnych próśb, nalegań, spraw, pretensji i cierpliwie czekał, aż skończą.
Gdy nareszcie umilkli, po swojemu lakonicznie odpowiedział najpierwszej Hance i pannie Nerpalis:
— Powiedz matce, że jutro rano stawię się niezawodnie. Pieniądze mam, niech będą spokojni, a do księdza proboszcza wstąpię po południu.
— Na pewno? — spytały obie z naciskiem.
— Na pewno! — potwierdził i zwracając się do Marwitza, dodał: — Nic nie stracone. We czwartek wracam na jezioro i zabawię tydzień. Jeśli pana ochota i wola, służę.
— Panie, to moja jedyna namiętność! Wezmę wędkę.
Czertwan widocznie trochę oprzytomniał: pocałował z uszanowaniem rękę ciotki.
— Bardzo pożądana wieczerza i wypoczynek. Od rana wędrujemy pieszo, a tam mało co się jadło. Wasze zapasy w szałasie ktoś ukradł.
— Ach, Boże! Biednyż ty, biedny, mój dzieciaku kochany! Zaraz ci, duchem, usmażę jajecznicy i zrobię zacierek z mlekiem! Biedactwo, nieboraczek!