— Za późno! Kiedyś oddałbym za to całą fortunę i krew, teraz nie chcę!
— Nie pójdziesz? On może umiera!
— Pójdę, dajcie spocząć minutę, zdrożyłem się srodze, głód dokucza!
— Dobrze, dobrze! Ma się rozumieć! Spocznij! Pójdę pomóc pannie Anecie; i bestyjki moje głodne! Pogadaj z tą panną! Na biedę, i ona ma jakieś interesa do ciebie. A gdzież to się podział ten pokąsany? Ho, ho! Może do panny Anety się umizga? Dam ja mu!
Po chwili na dziedzińcu został sam tylko zmęczony wędrowiec i nieśmiało podniósł oczy na siedzącą pod ścianą jego chaty poświcką dziedziczkę.
W tej samej postawie, z odchyloną głową, patrzała nań ślicznymi oczyma, na których dnie, za iskrami ożywienia, leżała tęskna, przejmująca głąb.
Sekundę splotły się spojrzenia, po rysach jego przeszło jakby wrażenie bólu, zbliżył się, oparł o płot i tak o krok od siebie długą chwilę milczeli.
Ona jakby czekała słowa od niego, ale daremnie. Wstała, nałożyła kapelusz i powoli wciągała rękawiczki.
— Miałam i ja do pana mnóstwo interesów — ozwała się — ale posłyszawszy, jak pan jest zajęty, milczę! Do widzenia! Może kiedyś w przyszłości...
— Gdzież to pan Marwitz? — obejrzał się.