— To kogóż, bo jak my tu przyszli, to nie zastali żywej duszy?

— Co to duszy? Co to przyszli? Ja tego starego dębu próbował. Mnie ktoś złapał i zabił! U mnie głowa opada, u mnie w piersi boli! Ja zabity!

— Kupiec musić był pijany, jak do lasu szedł, i pijany, jak ten ktoś złapał. Nie trzeba było starego dębu ruszać, w jego pniu licho dusi, dlatego nikt go nie tyka, bo byle szparą w korze, złe wychodzi i dusi. Kupiec póty stukał, aż wylazło.

Żyd rozejrzał się okrągłymi oczyma. Zmierzył kalekę i młodą osobę.

To nie byli jego napastnicy.

Przypomniał sobie robotników, pośpiech nakazany przez sprzedającego i stękając, stanął na nogi.

— Och! — jęczał. — Całe zdrowie mnie wyjęli! Och, och!...

Zgarbiony, kulejąc, powlókł się w las; za nim Ragis pogroził ręką.

— Idź, idź! — zamruczał Ragis — Bogu dziękuj, że jeszcze dyszysz.

Zostało tedy na polanie tych dwoje wiernych prześladowanemu. Irenka rada by pogawędziła ze starym, ale nie miała z sobą rozmówek. Pozostało jej tylko słuchać i odpowiadać na migi.