Tylko Marek stał nieporuszony, ze zmarszczką na czole i zaciętymi usty20 patrzał na twarz ojca.
A twarz ta coraz się przeciągała, żółkła, z piersi dobywało się mozolne tchnienie, w którym bystre ucho rozróżnić mogło coraz niewyraźniej: Judica me Deus et discerne causam meam...
Uroczysta cisza zaległa pokój... Była to agonia, przysionek wieczności!
W oknie pobladły gwiazdy, i uderzyła woń rosy porannej, padającej na kwitnące róże na dziedzińcu. Krótka noc letnia dobiegała kresu.
Aż wreszcie, gdy zapiały trzecie kury, Czertwan oczy rozwarł szeroko, na ryngraf je podniósł i westchnął. Gromnica wysunęła mu się z rąk i zgasła, powstał gwar i ruch okropny.
Porwali się wszyscy. Stary oczy miał otwarte, łez śmiertelnych pełne, rysy dziwnie spokojne.
— Jak żył, tak umarł! — zamruczał Ragis, ocierając wąsy i powieki.
— O Jezu! O Jezu! — ryczała żona, tłukąc czoło o brzeg łóżka.
— Światła, Józef! — rzucił swój pierwszy rozkaz młody pan Skomontów.
Marek usunął się trochę i w okno spojrzał.