— A gdzież moi są, Margas? — spytał. — Przecie żyją?
Pies w odpowiedzi zawrócił do zaścianka. Prowadził pana. Idąc za nim, Marek doszedł chaty Grala i już bez namysłu otworzył furtkę. Na skrzyp wrót w chacie się zaruszono, ktoś wyszedł naprzeciw niego.
— Kto tam? — spytał cicho głos Ragisa, dziwnie zmieniony.
— Ja! — odparł już po swojemu spokojnie.
— Skąd idziesz?
— Z pogorzelni. Zdrowiście wszyscy?
— Nie, synku!... Gral umiera — szepnął stary przez łzy...
— Umiera? Co mu takiego?
— Ratował chatę, wpadł pod belki, potłukł się i poparzył. Trzeci dzień dogorywa, tylko co pleban odjechał!... Chodź!
Weszli. W izdebce pod świętym obrazkiem smutny chłopak leżał cały w ranach, zmieniony do niepoznania. Nad nim we łzach siedziała Marta z panną Anetą, dalej kilku kolegów z zaścianka.