Ragis odmówił pacierz, westchnął i wywołał Marka na podwórze.
— Żyd w więzieniu! — rzekł. — Złapał go Grenis z twoim psem!
— Kiedyż się to stało?
— Pożar? We czwartek, na drugi dzień po tej awanturze. Ja byłem na Żwirblach, panna Aneta na plebanii, odwoziła kościelną bieliznę do prania, Grenis grabił siano za ogrodem i, jak się pokazało, zasnął. Margasa zostawiłem na straży w stancji i sam poszedłem do roboty. Raptem dym buchnął, potem płomienie. Rzuciliśmy się wszyscy, zaściankowi za mną; sądny dzień! O włos nie zajęła się zagroda Wojnata, ale wiatr gnał w pole, uratowali. Gral właśnie od jeziora wracał; jak ćma, lazł w ogień, wyrzucił kuferek panny Anety i obrazek święty, potem go belki przywaliły; dobyliśmy zduszonego! Ledwie ocucili, i ot, na nic!
Pochylił głowy żałośnie.
— I bydło zgorzało? — zagadnął Marek.
— Tylko cielęta; woły i konie na paszy były, a źrebaka to własnoręcznie uratowała poświcka panienka z Julką.
— Była panna Orwidówna? — wyjąkał Marek.
— Był, kto żyw: i Hanka nawet, choć jej matka nie puszczała, i Sawgard z parobkami, i chłopi ze Skomontów. Było komu ratować, i woda o krok, cóż, kiedy zbrodniarz podpalił w czterech miejscach, a tu co? Słoma i smolne drzewo! Cztery godziny czasu i po wszystkim!
Marek otworzył usta, zająknął się i zamilkł.