— Cóż z tego? Dziś zagrodę, jutro spalą Żwirble, pojutrze Ejniki, potem jurgiskie młyny. Trzeba kończyć. Czy tak, czy owak, zewsząd zguba.

Machnął ręką i usiadł na przyzbie.

— Żyd pójdzie w katorgę! — rzekł Rymko.

— Co mi z tego? Ja je już mam tutaj, te katorgi! — zamruczał, wskazując na piersi.

Panna Aneta usiadła obok niego.

— Nie sam jesteś na świecie, Marku! Jak się paliło, tom patrzała spokojnie, ale łzy mnie wzięły, gdy zobaczyłam, że oto w nieszczęściu policzysz przyjaciół... Są dobrzy ludzie, oj są! Sam byś tak nie ratował, jak chłopi ze Skomontów i Poświcia, i nie płakałbyś tyle, co stary Dowgird i Hanka poczciwa... A panienka z Poświcia...

— To cały zuch! — przerwał Ragis. — Konno przyjechała z tym cudakiem!

— Nie cudak, dobrodzieju, nie cudak! — przerwała panna Aneta. — A któż klatkę z ptakami z okna odczepił? Hanka powiada: najgorzej mi szkoda tych śpiewaków w niewoli! Skoczył młody Downar, nie wytrzymał żaru; skoczył Wawer Ejnacki, wrócił poparzony, a ten cudzy poszedł sobie powoli, włosy osmalił, ręce popiekł i przyniósł jej klatkę. Jeszcze żywe były ptaszęta...

— Tylkoż one się zostały. Nie ma Igiełka i Żywusi, i Robak spał w izbie! I flet się spalił; nie zagram już, bo i nie ma dla kogo!

Marek znowu chciał coś rzec i usta zagryzł.