— Oni gadają każdy swoje. Jeden o polu, drugi o chorobie, trzeci o dzieciach, czwarty o pomorze bydła. W każdej chacie wy, paniczu, zapisali się dobrodziejstwem i ojcowie wasi. A ja za wszystkich odpowiem. Żyli wy z nami jak brat z bratem, szanowali siebie i nas, ratowaliście nas w chorobie i w głodzie, i w pożarze radzili dobrze. My milczeli, ale pamiętali; teraz nasza kolej wam zapłacić, to my i przyszli.

— Nikt w chatach nie został, wszyscy tu. Dziękuję wam, paniczu, żeście nas przyjęli i zrozumieli.

— Dziękujemy, dziękujemy! — zahuczało w tłumie.

Kobiety teraz wysunęły się naprzód i zaczęty składać u stóp Marka przyniesione tobołki.

Były tam grzyby i len, krupy, okrasa, jaja, suszone ryby, bochenki świeżego chleba, co miały w komorach.

— I my paniczowi ze swego coś przynieśli! — mówiły, płacząc. — A pamięta panicz, jak mego chłopaka od rekrutów uwolnił? A pamięta panicz mego starego, co go w chorobie do Kowna z dworu wozili? A moją dziewuchę panicz z rzeki wyratował, a jak mi bydło zaraza wzięła, to panicz przysłał jałówkę, co i dotąd jest; a pamięta panicz to i tamo?

Tymczasem parobczaki młodzi poszeptali między sobą i dotarli przez tłum kobiet do Ragisa.

— Panońku! — zawołał najśmielszy. — A my nic nie przynieśli i nic nie powiedzieli! Za to my wam zaraz co zrobim. Hej! chłopcy! Zrzućcie świty, taj do roboty! Co ma to leżeć i oczy ranić, niech przepada do reszty na drodze! Oczyścić plac pod „folwarek!”

Jak jeden, rzucili się do dzieła. Rozerwali migiem szczątki, znieśli opalone drzewo, żużle, węgle, garściami zmiatali popioły.

Znikły smutne ostatki pod setką rąk, grunt się równał, nie zostało śladu pożaru, tylko plac czysty, biały i kupy cegły, ułożone symetrycznie, jakby wiatr powiał i zniósł to wspomnienie klęski.