— Pójdę! — rzekł krótko Marek, przerywając.
— Pójdziesz? Czego? Czekać na umarłych, jak Czertwan czekał? Zastanów się!...
— Po co się zastanawiać, wuju? Ojciec w grobie i dałem słowo! Pójdę!
— A twoja ziemia? A ja? A Marta? Pomyśl ty o tym...
— Co tu myśleć? Ziemi Ragis dopatrzy, a wy i Marta... Wola Boża!
— Jak to? Co to?
— Może poczekacie na mnie, jeśli łaska. Może Orwidowie wrócą prędzej, niż spodziewani? Czy ja wiem? Ojciec kazał: muszę!
Stary ręce za pas założył i z gniewu przechodząc w spokojną zaciętość, cedzić zaczął słowo po słowie:
— A to ich sobie czekaj, tych swoich Orwidów! I owszem! Wysługuj emeryturę. Ale co nas, to nie mieszaj do swych planów! Mnie napędza śmierć, nie mam prawa czekać, sił brak! Rąk mi trzeba młodych zaraz i pomocy! Albo zostawaj tu dziś, albo idź na zawsze...
Marek głową potrząsnął.