Na ręce wziął tę swą zgubioną, a odzyskaną cudem i ruszył do wyjścia.
Noc zapadła zupełna. Irenka omdlała, bez czucia, zwisła mu w ramionach. Podtrzymując ją jedną ręką, mozolnie wydobył się na świat i tam złożył na ziemi. Omdlenie przeraziło go; chwilę stał, nie wiedząc, co robić, opędzając się od Margasa, który z całą świadomością, że on to był istotnym wybawcą, lizał ją po rękach i skakał wokoło.
Świeże powietrze i chłód nocy orzeźwiło dziewczynę. Życie wróciło jej na twarz, i nareszcie z westknieniem otworzyła oczy. Mizerne oblicze ponurego człowieka pochyliło się nad nią, pełne blasków i szczęśliwości, a głos, brzmiący niezmierną czułością, spytał z cicha:
— Czy panią co boli?
— Nogę zwichnęłam, padając... okropnie boli. Czy to już późno? — odparła słabym głosem, próbując się uśmiechnąć.
— Około dziewiątej godziny. Dobę szukamy pani! Gorsza niż wiek taka doba! — rzekł głucho.
— O, wierzę, bo i mnie się tak wydało, ale byłam pewna, że pan mnie znajdzie! Żeby nie ta noga, dobyłabym się sama może! Ale z bólem tym nie mogłam się ruszyć, ani głośno wołać ratunku. Jęczałam i mdlałam na przemiany171. Pić mi się chciało okropnie i nareszcie płakałam w poczuciu swej bezsilności. Tak mi wstrętnym było zginąć podobnie! Aż gdy posłyszałam psa, przeczułam, że to Margas i pan, ale już sił nie miałam wołać! Och, jak to miło żyć!...
Odetchnęła i wzdrygnęła się cała.
— Jak tu zimno! — szepnęła.
— Można panią zanieść do domu?... — spytał nieśmiało.