Pani Czertwan zalała się łzami. Chłopak zmienił się na twarzy; znać było, że wstyd go ogarniał, żal, złość nawet.
Zatrzymał się przed Markiem i zadąsany, chmurny, wybąkał przez zęby:
— Nie będę twego chleba żebrał, możesz być spokojny. Wolę z głodu umrzeć gdzieś pod płotem. Jutro wyjeżdżam!
Irenka podniosła głowę i spojrzeniem powstrzymała Marka, który, swoim zwyczajem, miał na ustach odpowiedź lakoniczną i twardą.
— Panie Witoldzie — rzekła poważnie, a zarazem serdecznie — nie traktujmy tego przedmiotu z gniewem i obrazą. Nie chodzi tu, aby pan zmarniał, ale żeby pan się podniósł. Marek panu nie żałuje chleba, ale żąda pracy i rehabilitacji. Rozważmy serio i spokojnie kwestię tej pracy. Poszukajmy jej wspólnie.
— Nie tak to łatwo — zamruczał.
— Zajmij się w kantorze Kazimierza — rzekł Marek.
— Nie chcę! Za nic nie chcę! — skoczył chłopak. — Tu, gdzie mnie wszyscy znają? Nie zostanę, wolę Sybir!
— Biedaczek, nie zniesie takiej zmiany położenia — westchnęła matka. — On chce wstąpić do wojska.
— To wcale nie kariera — wtrącił Marek niechętnie. — Przy jego nawyknieniach i gwałtownym charakterze gotowa awantura.