— Wybawiłaś nas, jedyna, z wielkiego kłopotu! Może Ameryka zrobi cokolwiek z tej lalki, bo Europie on stracony — odparł Marek.
Istotnie, było to rozwiązanie kwestii nadzwyczaj pomyślne.
Rozchmurzyło się czoło Witolda, pani Czertwanowa otarta łzy, a Marwitz prawił cuda o życiu za Atlantykiem. Spokój powrócił...
Potem rozjechali się wszyscy wesoło i w zgodzie. Wieczór zapadł.
Jak dawniej, na ganku lewej oficyny stała gromada oficjalistów, zwiększona jeszcze tymi, co przybyli po rozkazy z Ejników, Budrajciów i Skomontów. Ten sam jasnowłosy olbrzym wydawał rozkazy krótko, stanowczo, z widoczną chęcią uwolnienia się czym prędzej.
Potem rozległo się unisono:
— Łabanakt, pone!179
— Likites swejki!180 — odparł, zamykając oficynę.
Rzecz niesłychana! Marek Czertwan nucił coś półgłosem, wracając do domu. Nauczyła go tego zapewne Irenka.