Młody się wyprostował: jak zwykle, namyślał chwilę nad odpowiedzią.
Był to nałóg charakteru.
Przez tę chwilę oczyma spoczął na ścianie, nad swym tapczanem.
Tam, pod świętym obrazkiem wisiał z blachy czarnej wycięty rycerz konny z podwójnym krzyżem na tarczy, z mieczem wzniesionym w prawicy. Na niego patrzał Marek i wyrzekł powoli:
— Nie dla siebie ja pracowałem i znosiłem, i milczałem.
— To dla kogoż? Dla Wojnatów, czy Witolda?
— Dla tego! — zamruczał, głową ścianę wskazując.
Ragisowi zaświeciły siwe oczki i wąsiki pokręcił, ale jakby nie zrozumiał, mówił dalej:
— Skomonty za rok przejdą w cudze ręce. Witold zje ojcowiznę, jak bekasa! Młode zęby i łakome. Kazio nie wróci, a jeśli i wróci, to sprzeda Ejniki. Hanka zmarnieje z nauki i straci Budrajcie. Zginie wszystko!
Marek podniósł głowę, odrzucił włosy z czoła i dłonią za pierś się chwycił, jakby go tam w głębi zabolało coś okropnie, i znowu po namyśle mówił już nie cicho, ale pełnym głosem i z dziką energią: