Kapelusz wcisnął na oczy i wyszedł na podwórze.
— Chodź, Margas! — zawołał burego psa.
— Poczekaj, odprowadzę cię do rzeki! — krzyknął Ragis za nim. — A to co? — dodał, spoglądając w ulicę.
Drogą jechał Grenis konno, drugiego konia prowadząc luzem, zawrócił w podwórze.
— A ty skąd? — zagadnął Marek.
— A z paszy — odparł parobek.
— Toś nie był w Skomontach?
— Juści, że nie byłem! A czego? Przy koniach siedziałem, bo niby święto. A jutro to sam robotę pokażecie.
— Przecież we dworze służysz?
— Ja przy koniach służyłem. Nie na tom je pasł, by drugi poniewierał! Czy obroku dacie, panie?