— Zawsze swój za swoim trzymać powinien. Kawaler z kawalerem! To łajdactwo, bestie, czasem dokucza, ale nie gadają, zawsze wygrana! Zobaczysz, jakem34 ja to wszystko wyedukował. No, zgoda na kwaterunek?
— Dziękuję, Rymko Ragis!
— No, to na początek idź mi sidła opatrz. Moja łopatka niech odpocznie!
Odtąd z kaleką zawarli wierny sojusz.
Rymko niegdyś sprzedał Czertwanowi ziemi kawał, z warunkiem dożywocia w Skomontach, i od niepamiętnych czasów mieszkał w stancji przy stajni, polując, łowiąc ryby, lecząc konie i bydło. Nie zależał od nikogo, tylko od swej fantazji. Obcował ze swą oswojoną trzodą. Marek dostał pół stancji i prawo słuchania, ilekroć chciał, nauk moralnych, wygłaszanych przez starego wiarusa wychowańcom. Z biegiem czasu nie mogli już żyć bez siebie.
I znowu raz trzeci u stóp dębu znalazł się Marek w ciężkiej walce.
Pewnego dnia poczta mu przyniosła list od Kazimierza z daleka.
Kazimierz lubił przyrodniego brata, choć się mało znali, do niego się odzywał raz pierwszy. Skończył w Rydze wydział handlowy, dostał wyśmienitą posadę i wzywał do siebie każdego, komu w domu było ciężko i ciasno.
Z listem tym długo się nosił Marek i — wedle żądania piszącego — nikomu nie wyjawił tajemnicy. Był zdecydowany postąpić jak Kazimierz, bo było tu i ciężko, i ciasno, nie świtało nigdzie nic lepszego.
Z roku na rok los ściskał ludzi jak kleszczami, bronił wszystkiego, co święte i dobre, i stare; zmuszał do nowego — obcego.